Reklama
Reklama
Reklama
Facebook
Sport news
Serwis Sport w portalu Wirtualna Polska
Pixel Heaven 2015 - relacja PDF Drukuj
Wpisany przez Jaro   
wtorek, 29 września 2015 08:38

Pixel Heaven LogoPixel Heaven – 3 dni radości dla retro maniaków, miłośników gier i ogólnopojętej kultury lat 80-tych i 90-tych. Byłem uczestnikiem pierwszego zlotu w 2013 roku. W ciasnym wnętrzu CDQ zebrano masę sprzętu z minionej epoki, flipperów a nawet tor do kapsli. Obecni trzydziestokilkulatkowie świetnie się bawili w towarzystwie ludzi o podobnych zainteresowaniach. Nie brakowało też młodego narybku, który mógł edukować się w temacie retro obcując z wiekowymi sprzętami. Impreza była dużym sukcesem, który pociągnął organizatora Roberta m.in. do wydawania miesięcznika Pixel.

W tym roku na wrzesień zaplanowana była trzecia edycja PH (w drugiej niestety nie mogłem wziąć udziału). Od tygodni podsycane było napięcie podsyłając na FB zajawki czekających na uczestników atrakcji. Strefa retroLista gości specjalnych robiła coraz większe wrażenie. Do tego panele dyskusyjne, komiksy, flippery – wszystko co dusza zapragnie. Miejscówka po raz trzeci się zmieniła i miało to być tym razem wnętrze Warszawskiej Szkoły Filmowej. Ja specjalnie na tę okazję przygotowałem swoją A500 do wystawienia bo miała być Giełda Bajtka – miejsce gdzie chętni wystawią swój sprzęt, spotkają się na ploty i będzie klimat giełd komputerowych.

W piątek po południu na miejsce eventu podrzucił mnie Leszek z Secret Level – trochę było tego sprzętu i dziękuję za pomoc. Przy rejestracji nie było tłoku – odebrałem darmową wejściówkę "weekend visitor" dla wystawiających sprzęt oraz wykupioną Główna hala PH"Competitor" uprawniającą mnie do udziału w oficjalnych turniejach. Weszliśmy do głównej hali, jeszcze w miarę luźnej choć większość sprzętów była już wystawiona. Przywitał mnie Łapusz i pokazał miejscówkę. Rozstawiłem sprzęt na ławce szkolnej – z Leszkiem stestowaliśmy w kilku partyjkach Battle Squadron poprawność podłączenia :) Następnie wybrałem się na inauguracyjny panel z m.in. Wojciechem Pijanowskim – strzał w dziesiątkę – ciekawe opowieści. Tak naprawdę panele i wykłady to była jedna z najlepszych rzeczy na PH. Niestety w większości nie mogłem wziąć udziału ale będą dostępne w sieci później. Czas do zamknięcia szybko upłynął więc około 22 pojechałem do domu.

W sobotę pojawiłem się już o 10 rano. W hali były pustki więc przez godzinkę mogłem bez tłoku pograć na flipperach, które były udostępnione za darmo. Niestety tabliczki na większości o kwocie za grę myliły uczestników. Pokręciłem się po strefie retro, pograłem na starych konsolach, pogadałem ze znajomymi. Około południa zjawiła się moja piękniejsza połowa Kinga z 8 letnim siostrzeńcem. Kinga w finale tunieju gier planszowych - Franek kibicujeMłody był oczarowany ilością sprzętu, gier i muzyki. Co mnie zdziwiło to Franek pogina na X360 w Fifa15 na padzie jak szalony ale miał trudności z opanowaniem joya z 1 przyciskiem – znak czasów? Gdy dzieciak szalał na hali my wzięliśmy udział w turnieju gier planszowych – mi poszło słabo ale Kinga doszła do finału! Niestety przegrała ale zdobyte drugie miejsce było z nie byle kim a Janem Zalewskim – młodym i już znanym twórcą gier planszowych. Ja w tym czasie zapisałem się rzutem na taśmę do turnieju Pacmana. Startowałem jako przedostatni i żeby wskoczyć na podium musiałem pobić 21 tyś punktów. Dawno nie grałem w tę grę ale szło mi całkiem nieźle i skończyłem z ponad 27 tyś punktów co dało mi również drugie miejsce i cenne nagrody. To był szczęśliwy dzień dla Nas a najlepsza rzecz dopiero była przedemną.

Gdy Kinga już pojechała do domu rozpoczął się turniej Kick Off 2 – gry mojego dzieciństwa. Dziesiątki przegranych godzin i połamanych joystików. Przy każdym uruchomieniu witała plansza tytułowa z logo i tekstem „by Dino Dini". Jak się okazało autor był jednym z zaproszonych gości i prowadził turniej. Ustawiał składy, zmieniał parametry gry, podpowiadał zawodnikom i żywo komentował mecze. Po zwycięzkim finale Kick Off 2 z Dino DiniByła to wspaniała sprawa spotkać tego człowieka – w przerwach między spotkaniami trochę pogadałem z Dino i wspomnienia z dzieciństwa odżyły podczas turnieju. Gra jest bardzo trudna i mecze kończyły się wynikami 0:0 i organizatorzy zastanawiali się co zrobić jak wszystkie takie będą :) W połowie turnieju (system pucharowy) na samym początku mojego meczu przydarzyła się dziwna historia. Przeciwnik rozpoczął, poleciał prosto na moją bramkę a ja nie mogąc nic zrobić straciłem gola. Jak się za chwilę okazało mój joy nie działał prawidłowo. Wspomniałem, że to chyba się nie powinno liczyć ale gremium stwierdziło, że mogłem o usterce powiedzieć wcześniej. Pogodziłem się z tym i mecz przegrałem 0:1. Do prawie samego końca wyniki były nadal 0:0 i mój konkurent już powoli czuł się zwycięzcą. Ostatni mecz grałem ja i stał się cud. Sprawiedliwości stało się zadość - przeciwnik sfaulował mnie w polu karnym co zamieniłem na bramkę i finał! Postanowiono, że mecz finałowy będzie oceniał sam Dino Dini. Z początku szło mi słabo bo przeciwnik był naprawdę wymagający ale potem się rozkręciłem i nawet kilka razy byłem bliski strzelenia bramki. Po spotkaniu Dino ogłosił werdykt, że jestem zwycięzcą turnieju Kick Off 2! Byłem bardzo szczęśliwy, marzenie dzieciństwa spełniło się! Dla takich chwil warto żyć tym bardziej że zgarnąłem cenne nagrody i piękny stół od "Save the floppy" :)

Całe Pixel Heaven było dla mnie miłym przeżyciem choć widać wyraźnie, że zmienia się profil imprezy. Retro jest trochę w cieniu (co nie wszystkim się podoba) a na pierwszy plan wychodzi ogólnie rozrywka elektroniczna (no i planszówki) – nawet tak mocno nowoczesna jak gry Indie. Podobała mi się strefa gier planszowych i turnieje. Niestety zabrakło obiecanej strefy komiksu i gry w kapsle. Giełda Bajtka też się okazała porażką bo byłem jedynym wystawcą. Całe szczęście dla mnie był to wspaniały czas gdy na moim kompie mogły pograć dziesiątki fanów. Zamiast stać w szafie moja Amiga grzała się do czerwoności jak za najlepszych czasów - miód na serce. Przegadałem przy tym godziny z mega sympatycznymi ludźmi. Jeśli będzie możliwość za rok też się wystawię bo to, że będę na Pixel Heaven jest pewne.

 
Jeszcze jedna mila - recenzja PDF Drukuj
Wpisany przez Jaro   
czwartek, 17 września 2015 16:05

Jeszcze jedna mila - Pam ReedSą ludzie tacy jak ja – biegowi amatorzy, którzy uprawiają sport obok normalnego życia. Chodzę do pracy, imprezuję, wyjeżdżam na działkę, piję piwo i czasem zjem fastfooda. Są ludzie, którzy poświęcają się dla wyników – do pracy noszą pojemniki z przygotowanym jedzeniem, nad spotkanie z przyjaciółmi przedkładają trening a każdy start jest dla nich bardzo ważnym wydarzeniem. Są sportowcy zawodowi, którzy żyją z uprawiania sportu. Cały rok przygotowują się do jednego, dwóch startów a po udanych (bądź nie) zawodach odpoczywają na zasłużonych wakacjach. Są też tacy ludzie jak Pam Reed, którzy całe swoje życie podporządkowują sportowi. Każda myśl, każde zajęcie, każdy posiłek jest zaprogramowany tak żeby osiągnąć sukces, którego nikt nie powtórzy.

Pam Reed od młodości była silnie skoncentrowana na odniesieniu sportowego sukcesu. Przypłaciła to jako nastolatka chorobą – anoreksją. Wzorując się na mistrzyni olimpijskiej Oldze Korbut postawiła wszystko na sport. Jak sama powiedziała "(...) żyłam tylko dla sportu. Oddychałam i karmiłam się nim. Uprawiałam gimnastykę w każdej wolnej chwili: w piwnicy, na kanapie, gdzie się tylko dało". Jeśli ktoś tak do tego podchodzi to musi odnieść sukces. Hmmm czy jednak? Okazuje się, że pomimo poświęcenia tam gdzie za młodu chciała wygrywać nie udało się do końca. Nie będę zdradzał szczegółów bo to wszystko jest dość dokładnie opisane w książce. Pam przestawia czytelnikowi swoje życiowe sukcesy ale także i porażki. Pisze o tym jak stara się wykroić trochę życia normalnego człowieka gdy wszystko podporządkowane jest sportowi (choroba psychiatryczna, rozpad małżeństwa).

Książka "Jeszcze jedna mila" ta opowiada nie o zwykłym człowieku-sportowcu ale o wyjątkowej kobiecie obdarzonej niebywałą wytrwałością i charakterem. Nie co dzień przecież to właśnie kobieta leje w sporcie (tak naprawdę mało jest dyscyplin oprócz biegów gdzie Panie startują razem z Panami) najwytrzymalszych facetów i wygrywa jeden z najbardziej morderczych biegów na świecie Badwater w 2002 roku – 217km po rozgrzanym do białości pustynnym krajobrazie z 38 stopniami w powietrzu. Takich ludzi jest ledwie garstka na świecie i aż nie chce się wierzyć, że są w stanie przełamać kolejne bariery. Część krytyków twierdziła, że kobieta nie może tego dokonać i Pam nie grała czysto - nic nigdy nie udowodniono.

Książka wydana przez Wydawnictwo Galaktyka jest ciekawą lekturą. Czasem miło nam biegaczom amatorom poczytać  właśnie o takich "nadludziach". Niestety obawiam się, że początkujący biegacze mogą się odbić od tej pozycji. Dużo jest tutaj opisów ciężkich zmagań na ostatnich kilometrach ultra-maratonów co niektórym może się wydać spora abstrakcją (np. bieg 24h albo 480 kilometrów bez snu w 80 godzin). Polecam ją bardziej doświadczonym biegaczom, początkującym ultrasom, którzy słuchając opowieści Pam nabiorą nowych pokładów sił aby przebiec "Jeszcze jedną milę" podczas swoich ważnych zawodów. Polecam.

 
26 Bieg Przełajowy w 70 rocznicę Wywózki Mężczyzn z Włoch do Rzeszy - relacja PDF Drukuj
Wpisany przez Jaro   
niedziela, 13 września 2015 09:43

Na mecie z AdamemW ubiegłym roku miałem przyjemność wziąć udział w tej kameralnej imprezie. Bieg zorganizowany jest w celu uczczenia tragicznej historii mieszkańców Włoch. Inicjatywa jest oddolna więc organizatorzy starają się aby zapewnić zawodnikom maksimum wrażeń sportowych za tak naprawdę minimum. Nie jest pobierana opłata za start - to się docenia. W tym roku również spotkałem kolegę Adama z podstawówki. Biuro zawodów skromne ale dzięki temu odbiór numerka trwał kilka sekund. Miałem wrażenie, że w tym roku było o wiele mniej uczestników zawodów dla dzieci i młodzieży na krótszych dystansach. Ja z racji, że mieszkam niedaleko postanowiłem przybiec 5km na miejsce zawodów więc rozgrzewkę miałem z głowy. Wystartowało 80 osób. Sześć okrążeń dookoła stawów (około 5,8km) mija szybko aczkolwiek ja nie przepadam za takim kręceniem kółek. Na mecie na każdego czekał okolicznościowy medal, gorzka czekolada (genialna!) oraz butelka wody. Cieszę się, że organizatorzy zrezygnowali z okolicznościowych koszulek - niepotrzebne jak dla mnie i generujące koszty. Zamiast schłodzenia śmignąłem 5km do domu i z 16km na liczniku zaliczam dzień do sportowo udanych.

 
<< pierwsza < poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 następna > ostatnia >>

Strona 7 z 123
Zegarek
Najbliższe starty
There are currently no events to display.

Tu szukaj
Kalendarz startów
There are currently no events to display.
Licznik odwiedzin
mod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_counter
mod_vvisit_counterDzisiaj2114
mod_vvisit_counterWczoraj4769
mod_vvisit_counterMiesiąc147223

We have: 108 guests online