Reklama
Reklama
Reklama
Facebook
Wietnam i Tajlandia PDF Drukuj
Wpisany przez Jaro i Kinga   
piątek, 10 grudnia 2010 18:30

Baner Azja

To nie była Nasza pierwsza podroż do Azji, więc tak naprawdę wiedziałem czego się tam spodziewać. Orientalna "ulica" różni się bowiem trochę od tej z zachodu (przede wszystkim zapachem). Jak wiadomo co kraj to obyczaj, więc odwiedzając Wietnam i Tajlandię spotkałem się z różnymi nowymi dla mnie rzeczami. W tym artykule pozwolę sobie opisać moją ostatnią podróż do Azji a tak naprawdę będzie to zbiór ciekawostek jakie wraz z moją towarzyszką podróży Kingą udało nam się zapamiętać.

Od samego wylądowania na lotnisku w Sajgonie dało się zauważyć, że powietrze jest "ciężkie". Spowodowane jest to bardzo dużą wilgotnością (około 90%). Efekt jest taki, że ma się wrażenie jakby się dopiero co wyszło z kąpieli, człowiek cały robi się mokry i lepiący. Na szczęście po pewnym czasie można się do tego przyzwyczaić a sam organizm zaczyna lepiej sobie z tym radzić.

Kościół ala Notre DameZ wizą do Tajlandii nie ma najmniejszych problemów. Na dwa dni zostawia się paszport i już. Na razie jest promocja i nie ma nawet żadnych opłat. Z wizą wietnamska nie jest już tak prosto. Nie dość, że sporo kosztuje (około 200 PLN) to trzeba zostawić paszport na kilka dni co w mojej branży jest praktycznie niemożliwe. Po namowie kolegów zdecydowałem się nie załatwiać wizy poprzez ich ambasadę a magicznym internetowym sposobem. Polega on na zalogowaniu się na stronie, wypełnieniu wniosku i opłacenie 20$. Następnie firma ta składa papiery gdzieś w Wietnamie i po 3 dniach dostaje się dokument, który upoważnia do zakupu wizy na lotnisku w Wietnamie za 25$. Wychodzi to polowe taniej niż w Polsce i działa. Gdy przyleciałem do Sajgonu udałem się do punktu wydawania tychże wiz. Spora kolejka ale udało się złożyć papiery. Co jakiś czas wyczytywali ludzi, którzy mieli się zgłaszać po paszporty z wizami (jak Kinga kapnęła się ze mnie wyczytali zostanie jej tajemnicą). W pewnym momencie wyszedł jakiś wojskowy i amerykańskiej parze (z takim patentem jak my) zaczął robić problem z dokumentami. Okazało się, że w ten sposób prawdopodobnie chcą orżnąć jeleni na parę groszy... bo musieli dopłacić kilka dolców. Na szczęście nam się udało tego uniknąć aczkolwiek przy nas w podobny sposób zrobili też jakiegoś Duńczyka.

Na lotnisku przywitał Nas kolega Darek. Udaliśmy się do taksówki, ale nie pod samym terminalem a kawałek dalej. U nich podobnie jak na Okęciu działa "mafia" taksiarzy i nie warto brać tych z samego lotniska bo zapłacimy kilka razy więcej niż normalnie. Najbardziej uczciwe są z korporacji Malinh i Vinasun. Warto dodać, że stawka za kilometr różni się w zależności od wielkości samochodu, choć to różnice symboliczne. Niestety w zasięgu wzroku nie było żadnej porządnej taryfy więc wzięliśmy taką z mniej renomowanej ale jednak korporacji. Co mnie na wstępie zaskoczyło to, że Darek gadał do taksówkarza po polsku. Mimo to, że praktycznie każdy Wietnamczyk ma kogoś z rodziny w Polsce to jednak wcale nie mówią w naszym języku. Powód jest prozaiczny.Polska jazda w Sajgonie Czy będzie sie do nich mówiło po angielsku czy polsku to na to samo wychodzi bo oni nie znają żadnego języka oprócz wietnamskiego. Nie ma więc sensu się wysilać lingwistycznie. Tak czy inaczej taksówkarz zrozumiał gdzie ma jechać ale nie włączył taksometru. Daro kilka razy pokazywał mu żeby włączył urządzenie na co ten reagował śmiechem i tekstem "no miter!". Podjechaliśmy na miejsce - koszt przejazdu powinien wynosić nie więcej niż 20.000 VND. Gość znaną metodą kalkulatorową przekazał, że chce 5x tyle. Zwariował ale pewnie nie raz już tak naciął turystów. Na szczęście Nasz kolega już w Sajgonie mieszka dłuższy czas i nie da się naciągnąć. Dał mu 10.000 VND. Gość się zaśmiał i zaczął komentować w swoim języku całą sytuację. Oddał nam kasę i napisał, że chce 50.000VND. Darek mu mówi, że da mu "dyszkę" albo nic. Wietnamczyk wybrał nic. Zabraliśmy rzeczy i poszliśmy dalej. Trochę byłem zaskoczony całą sytuacją ale tu to podobno norma. Miejscowi próbują naciągnąć białych na każdym kroku więc niema się co z nimi szczypać. Tym bardziej, że komunistyczny rząd aby zachęcić turystów wprowadził drakońskie kary za przestępstwa przeciwko obcokrajowcom. Dlatego oni wolą odpuścić niż pójść do więzienia na 15 lat za pobicie białego. Jak już jestem w temacie taksówek to warto zwrócić uwagę na kilka rzeczy. Przed wejściem do taksówki trzeba mieć nazwę docelowego miejsca napisane na kartce po wietnamsku i angielsku. Taksówkarka w SajgonieTaksiarz i tak tą kartkę będzie uważnie studiował, obróci do góry nogami, będzie szukał 3 strony a potem ruszy. Jeśli mamy fuksa to pojedzie na wskazane miejsce, a jeśli nie to będzie jeździł dookoła bez celu. A to dlatego, że ich honor nie pozwala się przyznać, że nie wiedzą gdzie jechać. Przydaje się wiec choć minimalna wiedza gdzie znajduje się docelowe miejsce podróży. Często podpowiadało się szoferom jak jechać, żeby było krócej. Kolejną rzeczą, która zwraca Naszą uwagę to, że skrzynia biegów w samochodzie to tylko zbędna dekoracja i balast. Fakt, że ze względu na duży ruch nie da się tu rozpędzić no ale jeżdżenie tylko na "trójce" to standard. Niektóre asy jeżdżą tylko na "czwórce" no ale zdażyli się też tacy co nawet używali "dwójki". Reasumując, taksówki to dość tani i wygodny sposób podróżowania po mieście choć trzeba uważać. No ale trzeba też napisać, że zdarzali się taksiarze (a nawet była jedna Pani), którzy kumali od razu i gdzie jechać i jak ominąć korki. Jedna niezaprzeczalna zaleta jest taka (w porównaniu do polskich cierpiarzy), że Ci w ogóle do Ciebie nie gadają podczas drogi. Śmiech

Pierwszym przystankiem w Sajgonie było kasyno. Ale nie po to żeby pograć a dlatego aby wymienić dolary na wietnamskie dongi. Zresztą w kasynie były tylko automaty do gry, miejscowi sami sobie nie ufają i gry z krupierem nie istnieją. Jakoś do automatów mają większe zaufanie choć przecież je też można zaprogramować. Mniejsza z tym, ważne, że w kasynie mają najlepszy kurs wymiany w mieście 21.000 VND za 1 $. W kantorach rzadko kiedy udaje się przekroczyć 19.000 VND. Bogatsi o 4,5mln VND ruszyliśmy dalej. Chociaż przez parę dni będziemy milionerami. Puszcza oczko

Ulica w WietnamieOsobnym bytem w Wietnamie jest ich ulica. W związku z tym, że nie maja rodzimych samochodów muszą je sprowadzać z zagranicy. Na import nałożony jest podatek przekraczający 100% wartości auta więc na taki luksus stać tylko najbogatszych. Na ulicy więc samochodów jest mało a jak już jakiś jest to tylko najlepsze Lexusy, Mercedesy i BMW. No oczywiście nie licząc taksówek bo tych jest całkiem sporo i są w całkiem niezłym stanie, zazwyczaj jakieś Toyoty. Szarego (a może żółtego?) zjadacza ryżu stać jedynie na skuter. Dlatego taka maszynka jest w Wietnamie wyznacznikiem statusu społecznego. Mając wypasiony skuter można sprawić, że laski mdleją na ulicy a faceci patrzą na Ciebie z szacunkiem. Skutery jak na ich warunki wcale nie są tanie więc jak już ma się takowy to traktowany jest on jak skarb (często skutery nocują w pokoju gdzie śpią właściciele). Koszt benzyny jest pomijalny więc jest to fajny środek transportu. Dla Wietnamczyków nie ma rzeczy, których nie da się przewieźć na skuterze wiec widziałem jak śmigają z lodówkami, telewizorami, po 4 osoby na raz. Warto wspomnieć, że rząd ustawowo ograniczył im pojemność do 125ml - mając większe przy takim ruchu by się pozabijali. A tłok na drogach mają większy niż w Warszawie w godzinach szczytu. Ruch uliczny przypomina płynąca rzekę, oczywiście kiedy nie ma godzin szczytu, inaczej są korki. Tysiące skuterów mknie przez ulice rwącym potokiem. Kto zgadnie gdzie jest człowiek na tym skuterze?Znaki drogowe i oznaczenia poziome są ale nie mają żadnego znaczenia. Światła tylko spowalniają ruch a czerwone to tylko sugestia, że coś może z boku wyskoczyć. Przejścia dla pieszych oznaczają tylko to, że jak się kogoś potrąci trzeba szybciej wiać. Pierwszy kontakt z wietnamską ulicą robi spore wrażenie. Następnie pojawia się myśl - jak do cholery przejść na druga stronę jezdni. Koledzy dali nam proste wskazówki: nie patrzeć na ruch, przechodzić w dowolnym miejscu i po prostu iść i się nie zatrzymywać. Prosto powiedzieć, trudniej zrobić. Po pierwszym kroku oglądasz się i widzisz jak stado skuterów zaraz Cię rozjedzie. Ale po kilku krokach zaczynają się rozjeżdżać i Cię omijać z przodu i z tylu - jak opływająca w rzece woda - niesamowite uczucie. Po kilku razach człowiek się przyzwyczaja i nawet takie przechodzenie dostarcza frajdy bo w Europie czegoś takiego się nie uświadczy. Największy ubaw miał Śruba ze Zbynkiem, którzy obserwowali Nasze przerażenie i pierwsze przekraczanie wietnamskiej ulicy. No ale ponoć każdy ma tak na początku. Muszę też dodać, że jakby strasznie nie wyglądał ruch na ulicy to skuterem po niej jeździ się całkiem przyjemnie - tylko trzeba się przełamać. Jedynie trzeba mieć oczy dookoła głowy, uważać na gości wyjeżdżających z podporządkowanych bez patrzenia, jadących pod prąd, zajeżdżających drogę, przejeżdżających na czerwonym itd. itp. Na szczęście pomaga tutaj klakson, który jest idealnym narzędziem do torowania sobie drogi. Można się wyżyć za wszystkie czasy.

Jedzonko z ulicyNa wietnamskiej ulicy toczy się też życie towarzysko ? kulinarno - finansowe. Kupić tu można dosłownie wszystko - podrabiane ksiązki, okulary, zegarki i inne badziewie. Charakterystyczną rzeczą są uliczki tematyczne, np. z samymi sukniami ślubnymi albo z butami - przynajmniej wszystko pod ręką. Wieczorami na ulicy i w parkach zbiera się młodzież szpanująca swoimi wypasionymi skuterami (np. z napisem Adidas z boku :) ). Z ulicy można kupić żarcie, wygląda smakowicie ale raczej unikaliśmy stołowania się na ziemi. Pełno jest też w zaułkach "knajpek" dla lokalsow. Wyglądają jakby ktoś rozrzucił meble z przedszkola ale widocznie musi być i tanio i smacznie bo zazwyczaj są tam tłumy miejscowych. Co do jedzenia to można zjeść dużo i smakowicie. Wskazana jest umiejętność operowania pałeczkami, choć zdarzają się miejsca gdzie są normalne sztućce. Kuchnia to typowa Azja, polecam prawdziwe Sajgonki w Sajgonie (spring rolls). Dużo mają dań z ryżem - trochę innym niż u Nas. Kiedyś była reklama w TV, że ryż się nie klei i jest sypki po ugotowaniu. Jak się okazuje to wcale nie jest zaletą, jak ryż się klei to łatwiej się go je pałeczkami. Jedzenie jest stosunkowo tanie i za 5 $ mogą się 2 osoby spokojnie najeść - z piwkiem. Piwo też jest tanie, puszka 0,33 - to około 1 PLN, w knajpie 2 PLN. Mocniejsze alkohole kosztują podobnie jak w Polsce, tańsze są ich podróbki ale ich nie kosztowaliśmy. Dość tanie mają też Sushi - wielbiciele będą w raju. Za około 15 PLN można wyjść z pełnym brzuchem z "suszarni".

Muzeum WojnyW samym Sajgonie za dużo do zwiedzania nie ma. Warte uwagi jest Muzeum Wojny, pałac prezydencki, opera i kościół francuski i to w zasadzie wszystko. No oczywiście chętni na zakupy musza odwiedzić Saigon Square - market z ciuchami, butami i innymi gadżetami. Wiadomo, że większość rzeczy nawet nie leżała koło oryginalnych. Do tego za każdą pierdołę trzeba się ostro targować. Z zakupów polecam nabyć (niedaleko opery) piękne ozdobne żaglówki do pokoju za ok. 15 $. Żeby coś zobaczyć więcej trzeba się ruszyć poza Ho Chi Minh City. Na pierwszy ogień poszła Delta Mekongu. Nie ma sensu samemu kombinować. Ceny wycieczek w lokalnych biurach podroży (ulica De Tham) jest niska. Za 2 dniowy wypad z noclegiem i wyżywieniem (słabym) zapłaciliśmy 22 $ od osoby. Tradycyjnie już przy takich wycieczkach obwożą ludzi po miejscowych manufakturach. Można zobaczyć jak robią miód, rzeźby, cukierki, papier ryżowy i posłuchać muzyki. Oczywiście wszystko można zaraz kupić - kilka razy drożej niż w Sajgonie. Delta MekonguSama Delta Mekongu robi wrażenie ale niestety wszechobecną biedą. Całkiem przyjemna jest podróż łódką - wrażenie jakie mieli tutaj amerykanie kilkadziesiąt lat temu. Nocleg zorganizowany był w Can Tho - większym mieście w okolicy. Spokojniej tu było niż w Sajgonie ale klimatycznie i trochę taniej. Hotel dawał radę a najbardziej tanie piwko nad rzeką. Na drugi dzień wybraliśmy się na "Floating Market", czyli sklep na rzece. Jak nam powiedział przewodnik to ich pływający market jest dla mieszkańców a podobny w Bangkoku dla turystów. I miał rację, na wodzie podpływały zdezelowane łajby i ludzie wymieniali się towarami. Taka forma handlu zanika bowiem Wietnam robi się coraz bardziej cywilizowany i wypiera to infrastruktura drogowa a także nowo wybudowane mosty dzięki którym przeprawa przez Mekong trwa kilka minut a nie godzin. Cała Delta Mekongu żyje i to widać. Często łódki są domami dla Wietnamczyków, a nad wodą jest pełno domostw (w jednej kobieta pierze, obok zmywa naczynia a kawałek dalej sra do wody...).Zdziwienie

Tunel w Cu ChiDruga wycieczka, którą kupiliśmy (za ok.5 $) to była pół dniowa wyprawa do Cu Chi, czyli zachowanego kompleksu tuneli z wojny w Wietnamie. Nie powiem robiło to wrażenie, 30m do przejścia kilka metrów pod ziemią w tunelu gdzie trzeba iść prawie na kolanach. Klaustrofobia, gorąco i duszno, cieszyliśmy się, że to było już za Nami. Mogliśmy pooglądać rożne pułapki, kuchnie polową a także postrzelać z M16 (1 $ za nabój). Warto tam się przejechać.

Po kilku dniach udaliśmy się do Bangkoku w Tajlandii. To juz jest normalna cywilizacja. Gdyby nie Tajowie to człowiek by pomyślał, że jest w normalnym europejskim mieście. Oczywiście jest dużo azjatyckich naleciałości ale bardziej w turystycznych rejonach. Uwagę zwraca dużo większa religijność Tajów niż Wietnamczyków. W Sajgonie w większości sklepów były małe "kapliczki", tutaj natomiast co kawałek jest świątynia, stoi Budda lub kapliczka (o tych w sklepach nie wspominam bo to standard). Ludzie przychodzą, kładą kwiatki, zapalają kadzidełka i wypisują karteczki z prośbami. Wydaje mi się, że jest to o wiele bardziej "optymistyczne" podejście do wiary niż w konserwatywnej Europie. Głowna ulica przy której mieszkaliśmy nazywa się Khao San. Toczy się tu życie 24h na dobę. Trochę meczące jest ciągłe zaczepianie przez lekko nachalnych handlarzy. Z ciekawostek to można tu sobie zafundować niedrogi masaż, spa za pomocą rybek albo zjeść wszelakie robale (Kinga może coś na ten temat powiedzieć). Bardzo nam podeszło jedzenie serwowane z przenośnych wózków. BangkokMoże mało higieniczne to było ale wyśmienite i tanie - banany w naleśniku oraz thai pads nie raz nas skusiły. Jeśli ktoś ma życzenie to można zakupić garnitur szyty na miarę ? ponoć są tanie i całkiem nieźle uszyte. Lokalną atrakcją są Tuk Tuki ? trójkołowe taksówki. Trzeba uważać jaką się bierze, prywatne (białe tablice rejestracyjne) są kilka razy droższe niż sponsorowane przez rząd (żółte tablice). Można też zgodzić się na deal z taksiarzem ? on Cię zawiezie do gościa od garniturów po drodze do Twojego celu ale za kurs zapłacisz tylko 10 THB (około 1 PLN). Trzeba mieć anielską cierpliwość aby wytrzymać namawianie na uszycie garnituru ale coś za coś. Są też normalne taksówki ? trzeba mocno uważać bo goście nie chcą jeździć na licznik a często zaproponowana cena różni się kilkakrotnie od prawdziwej.

Chciałbym podziękować moim znajomym (Daro, Hubert, Śruba, Zbyniu, Piotrek, Karol, Bliny, Krynie, Bartek, Gościniaki) w Wietnamie za wspaniałą gościnę!

Ruch uliczny w Sajgonie:

  

Jazda na skuterze po Ho Chi Minh City:

 
Khao San Street w Bangkoku:

Kinga wciąga robale Śmiech

GALERIA FOTEK:

 
Zegarek
Najbliższe starty
There are currently no events to display.

Tu szukaj
Kalendarz startów
There are currently no events to display.
Licznik odwiedzin
mod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_counter
mod_vvisit_counterDzisiaj2505
mod_vvisit_counterWczoraj2167
mod_vvisit_counterMiesiąc107208

We have: 61 guests online