Reklama
Reklama
Reklama
Facebook
Sport news
Serwis Sport w portalu Wirtualna Polska
Wycieczka Jordania i Izrael PDF Drukuj
Wpisany przez Jaro i Kinga   
czwartek, 08 kwietnia 2010 09:08
Spis treści
Wycieczka Jordania i Izrael
Lot Warszawa ? Wiedeń ? Amman
Lotnisko i hotel w Ammanie
Madaba i Góra Nebo
Babtism Site
Morze Martwe
Podróż do Petry
Zwiedzanie Petry
Petra ? Wadi Rumm
Pustynia Wadi Rumm
Wadi Rumm ? Eljat
Eljat - Jerozolima
Wycieczka do Betlejem
Stare miasto w Jerozolimie
Jerozolima i Tel Aviv
Cenniczek Jordania i Izrael
Galeria
Wszystkie strony

Banner wycieczki

W połowie marca, wraz z Kingą, udało nam się wyjechać do Jordanii i Izraela. Postanowiliśmy opisać ten wyjazd dla potomoności a taże aby udostępnić innym podróżnikom cenne informacje dotyczące podróżowania, hoteli i cen w obydwu krajach. Sami korzystamy z podobnych opisów innych podróżników, więc zapraszamy do lektury naszych przygód. Opis ten jest nie tylko suchą relacją i zbiorem przydatnych informacji ale także osobistą i nieobiektywną relacją z Naszego wyjazdu :) Dzień 1 oraz 5-7 są opisane przez Jaro a 2-4 przez Kingę.


Dzień pierwszy

 

Lot Warszawa ? Wiedeń ? Amman

Pobudka o 5, czyli trochę wcześniej niż zwykle przy Naszych wyjazdach. Ostatnim razem gdy lecieliśmy na Cypr to wpadliśmy na lotnisko w ostatniej minucie, więc tym razem postaramy się uniknąć takich ?emocji?. Rzut oka za okno ? cholera śnieg napadał w nocy, może być problem z przesiadką w Wiedniu, ponieważ mamy tam tylko godzinę zapasu od planowanego lądowania do startu. W zimę często są opóźnienia z powodu złych warunków atmosferycznych, dlatego włączyła się już lekka nerwówka czy starczy Nam czasu. Szybka krzątanina, dopakowanie ostatnich rzeczy ? a i tak się pewnie czegoś zapomni. Dojazd na lotnisko trwa chwilę choć opady śniegu jak zwykle zaskoczyły drogowców, parkuję samochód w pryzmie śniegu ? mam nadzieję, że nie spłynie podczas wyjazdu.

 

Już na pokładzie samolotu LOT dowiadujemy się od szefa pokładu, że będzie odladzanie co wiąże się z lekką obsuwką i startujemy 20 minut po czasie ? kiepsko jak będziemy musieli wrócić do Warszawy z niczym. Na szczęście podczas lotu kapitan przekazuje informację, że w Wiedniu planujemy być o czasie, można się rozluźnić. Stolica Austrii wita Nas deszczem i silnym wiatrem ? nie wiadomo czy nie lepszy już śnieg. Spotykam zaraz koleżankę Margaritę, która mówi, że w samolocie do Ammanu są 3 wolne miejsca i trójka oczekujących. Niestety takie są uroki latania na standby-owych biletach, lecisz jak jest miejsce w samolocie. W gejcie, karzą nam czekać ale pocieszają, że będzie ok ? no i jest ok ? po kilku minutach dostajemy miejsca, niestety w dwóch przeciwległych stronach samolotu. Ważne, że lecimy.

 

Lot upływa szybko mimo, że są to prawie 4 godziny, pomaga w tym trochę sikowate austriackie piwo. Mimo, że obydwoje odwiedzaliśmy już kraje arabskie to cały czas towarzyszy nam jakaś niepewność co zastaniemy na miejscu. Strony internetowe straszą islamskimi zwyczajami, strona MSZ atakami terrorystycznymi i uprowadzeniami. Więcej obaw ma chyba Kinga, bo wieść niesie, że tubylcy nie są tak przyjaźnie nastawieni do kobiet jak na przykład w Egipcie. Dla ściemy kupiliśmy w Polsce fałszywe obrączki i będziemy udawać małżeństwo, przyda się to także w hotelach bo ponoć nie chcą dawać pokoi dwuosobowych niesformalizowanym parom. Około 15 miejscowego czasu samolot ląduje w Ammanie, przygodę czas zacząć.

 


 

Lotnisko i hotel w Ammanie

AmmanKinga siedziała z przodu samolotu a ja z tyłu. Po wyjściu chciała na mnie poczekać ale podszedł miejscowy dżentelmen i ją w szorstki sposób przegonił ? no to się zaczęło. Idziemy najpierw kupić wizę wjazdową, przy przekraczaniu granicy drogą powietrzną kosztuje 10 JD od głowy. W kantorze kurs wymiany jest 0,7 JD za 1$, na wszelki wypadek wymieniamy tylko 50 dolców, a nuż się okaże , że na mieście jest korzystniejszy przelicznik. Kolejka do punktu wizowego niby nie jest długa ale stoimy tam dość długo. Co chwilę podchodzi miejscowy i rzuca pogranicznikom plik paszportów bez kolejki, a my stoimy wieczność. Jedyna prawidłowość jest taka, że tych o europejskich rysach jakoś mniej wypytują o wszystko a arabów dłużej maglują. W końcu nasza kolej, kilka standardowych pytań, skąd jesteśmy, dokąd jedziemy, co chcemy robić, pamiątkowa fotka i już wiza i stempelki są w paszporcie. Po godzinie od wylądowania wychodzimy do hali odbioru bagażu a tam nasz plecak czeka sobie elegancko przy taśmie, kulturka. Jeszcze tylko obowiązkowe prześwietlenie i witamy w Jordanii.

 

Lotnisko jak lotnisko, bez wow ale widać, że obok budują nowy, duży terminal. Dzwonię do hotelu i pytam się jak najlepiej dojechać: gość mówi, że albo taksówką za 20JD albo autobusem a potem taksówką z dworca. Liczymy kasę ? zostało nam 15 JD, a kantoru nie widać, czyli opcja taryfy odpada, bo nas nie stać. Na przystanku okazuje się, że autobus odjechał 3 minuty temu a kursują co godzinę. Nie ma pośpiechu, poczekamy sobie, tym bardziej, że pogoda piękna ? 20 stopni i słoneczko. Poznajemy tutaj Polkę z Krakowa, która pracuje w Jordanii i przez ten czas opowiada Nam o tym kraju i ich zwyczajach. Trochę rozwiewa nasze obawy o bezpieczeństwo, mówiąc, że to co piszą w internecie jest mocno przesadzone.

 

Podróż autobusem do Ammanu trwa godzinę a kosztuje 6 JD za dwie osoby. Co zwraca naszą uwagę to ogrom samego miasta, pięknie położonego na wzgórzach. Wysiadamy na dworcu ? North Station, zaraz obskakują nas miejscowi taksówkarze. Jeden z nich bardziej kumaty po angielsku pyta się nas gdzie chcemy podjechać. Wycenia naszą podróż do hotelu na 4 JD (później okazuje się że 3 JD to powinno być max). Pyta się czy chcemy się też zabrać z tą Polką bo jej hotel jest 100m od naszego - czemu nie, zawsze to rozłożenie kosztów. Podczas jazdy nasza współpasażerka usilnie domaga się od taksówkarza podania ceny za 1 osobę, choć cena za przejazd jest już ustalona. Taxi driver matematykę finansową ma opanowaną do perfekcji i wybiera najprostszy przelicznik ? 1,5 JD. W taki sposób podniosła ona cenę przejazdu do 4,5 JD :)

 

Farah Hotel powitał nas swojską i lokalna atmosferą. Wnętrze pokoju dwuosobowego za 28 JD wyglądało jak hotel robotniczy w PRL-u ? łóżko na prętach, metalowa szafka i smrodek zgnilizny ? lekka załamka. Mocno zniesmaczeni wyszliśmy coś zjeść na miasto. Od razu do naszych nozdrzy wdarł się zapach arabskiej ulicy ? mieszanka przypraw, brudu i jedzenia ? coś jedynego w swoim rodzaju. Z początku byliśmy tym przytłoczeni ale po jakimś czasie zaczęliśmy dostrzegać jego urok. Bardzo dużo ludzi na ulicach, modlitwy z meczetu ? to tworzy jakiś niepowtarzalny klimat. Kinga dokonała transakcji roku ? wymieniła 100$ po długich negocjacjach co do ceny po kursie 0,707 JD. Jak się później okazało średnim kursem na mieście było 0,709 JD za dolara. Ciekawostką jest to że średnia sprzedaż dolarów była po kursie 0,710 :) - na czym oni zarabiali nie wiemy.

 

Po pierwszym posiłku stwierdziliśmy, że obejrzymy hotel, do którego wybrała się poznana polka. Był bardzo blisko naszego i nazywał się Palace Hotel ? do pałacu to mu było daleko ale w porównaniu z naszym prezentował się o wiele lepiej i kosztował 30 JD za double room. Stwierdziliśmy, że trzeba się do niego przenieść następnego dnia. Jak już dotarliśmy do naszego hotelu, zmęczeni po całym dniu, zdecydowaliśmy, że nie będziemy kombinować i zostaniemy w tym co jesteśmy tym bardziej, że zarezerwowaliśmy całodniowa wycieczkę. Potem nastąpiło pierwsze odkażanie whiskaczem z colą ? oczywiście w celach zdrowotnych ? wszak tu jest inna flora bakteryjna. Tego wieczoru doznaliśmy tez pierwszego szoku ekonomicznego: po opłaceniu hotelu i odłożeniu kasy na wycieczkę nie zostało nam nic na następny dzień... Trzeba z samego rana przelecieć się do kantoru.

 


 

Dzień drugi

 

Madaba i Góra Nebo

Wybieramy się na wycieczkę. Zobaczyliśmy przy recepcji plan z proponowanymi wycieczkami i najlepsza wydała nam się opcja odwiedzenia czterech miejsc jednego dnia za 17 JD (sam transport z miejsca na miejsce). Znów wstajemy o 7 rano i niewyspani schodzimy na śniadanie w hotelu. Śniadanie to bardzo wyszukane określenie, ale okazało się że to po prostu my mamy wygórowane wymagania i nie możemy spodziewać się więcej poza kawałkami pity, serka topionego i jajka a na deser dżem.

 

Godzina 8.30 - wyjazd. Jedziemy My, para Chińczyków oraz Łotysz. Przyjeżdża po nas busik. Pan stara się mówić po angielsku i tłumaczy nam plan dnia. Widać, że często ma do czynienia z turystami bo pyta się czy będzie nam przeszkadzać jak będzie palił w czasie jazdy, mina mu zrzedła jak zaczęliśmy kręcić głowami z niezadowoleniem, wtedy ze szczerym uśmiechem powiedział, że będzie otwierał okno. Każdy Arab pali, jadąc tam musisz się z tym pogodzić.

 

Góra NeboOkoło godziny jedziemy wesołym busikiem do Madaby obejrzeć bizantyjskie mozaiki - wejście 1 JD. Można odwiedzić także pobliskie sklepy z pamiątkami. Obejrzeliśmy i ruszamy dalej.

Dojeżdżamy do wzgórza Nebo. Tu podobno Mojżesz ujrzał ziemię obiecaną i umarł, oczywiście nie ma pewności, że jest to właśnie to wzgórze ale turyści płacą za wejście, więc czemu to zmieniać. Wejście tylko 1 JOD a widoki naprawdę piękne. Ponoć w niektóre dni widać ze wzgórza Jerozolimę ? dziś nie widać ale wierzymy tabliczce.

 

Po 40 minutach ruszamy dalej. Droga jest bardzo kręta, pomiędzy górami, wszędzie tylko wzgórza i kamienie, gdzieniegdzie pasą się kozy lub wielbłądy. Jak ci ludzie tu żyją? Ale widoki za to mają powalające. Kierowca lawiruje po wąskiej jezdni bez barierek. Mamy taką konkluzję, że gdyby taka droga była w Polsce to co tydzień byśmy mieli żałobę narodową.

 


Babtism Site

Docieramy do 3 punktu wycieczki Baptism Side. Czekamy na nasz transport. Wycieczka kosztuje 7 JD dla pocieszenia dodam że Jordańczycy płacą 2 JD wg cennika. Jak zwykle czujemy się wydymani. Wsiadamy z naszym przewodnikiem do pokazdu i jedziemy na pace. Trochę zimno.

Babtism SiteDojeżdżamy do miejsca, gdzie budowane są kościoły wszystkich religii i czemu prawosławny jest największy? :) Odwiedzamy miejsca gdzie Chrystus miał zostać ochrzczony. Dziwne uczucie, nie wiesz czy paść na kolana, krzyżem? każdy jednak zachowuje spokój. Przewodnik cytuje nam Biblie, co ma nam udowodnić, że to właśnie to miejsce? wciąż nie padamy krzyżem, nie wiedząc jak się zachować, zachowujemy się jak turyści i cykamy fotki. Kończymy wycieczkę w miejscu gdzie obecnie odbywają się chrzty w rzece Jordan - po stronie jordańskiej jest to chatka z drewna i liście, po drugiej stronie rzeki jest część Izraelska ? oczywiście na bogato, pałace, kamienne budowle. Rzeka Jordan jest brunatna i wąska, nie tak jak na filmach, ale cóż Jezus był chrzczony 2000 lat temu, mogło to w końcu wyglądać inaczej. Wycieczkę kończymy w kościółku z klimatyzacją, gdzie oczywiście można kupić pamiątki.

 

Byliśmy przejęcie miejscami które odwiedziliśmy, mieliśmy mieszane uczucia, że jednak nie padliśmy krzyżem (nie to, żebyśmy byli praktykujący, ale jednak to było miejsce w którym był Chrystus), dopóki się nie dowiedzieliśmy, że po stronie palestyńskiej są 3 takie miejsca?Poczuliśmy się jednak lekko naciągnięci na te 7 JD, ale ogólnie warto, bo ponoć to miejsce jest najbardziej prawdopodobne.

 


Morze Martwe

Ostatni punkt wycieczki - Morze Martwe, Amman Beach ? wejście 15 JD. Po całym dniu w upale, miejsce z basenami i barami z parasolkami jawiło nam się jak fata morgana, co tam 15 JOD. Mamy 2h. Przebieramy się ? muszę tu uspokoić panie - turystki chodzą w 2 częściowych kostiumach, także nie trzeba się kąpać w sukienkach. Biegniemy na plaże. Mimo, że na plaży jest piasek, pod spodem jest sól, dziwne to wszystko. Mamy szczęście, że jest ciepły dzień bo zapowiadali 15 stopni. Wchodzimy do wody, niby nic szczególnego, woda wydaje się tylko jakaś taka oleista. Boimy się zanurzyć, co chwila słyszymy śmiechy wybuchające gdzieś wokoło. OK, do odważnych świat należy i próbujemy płynąć... i sami zaczynamy się śmiać? tego nie da się opisać. Dziwne uczucie, po prostu się unosisz, najgorzej jak falę odepchną cię od brzegu, na głębokiej wodzie nie staniesz, woda wyrzuca cię jak korek. Super. Uważamy cały czas by woda nie dostała nam się do oczu bo naprawdę jest strasznie słona. Szybka sesja zdjęciowa w wodzie i wychodzimy wciąż się śmiejąc.

 

Widzimy jak wiele osób smaruje się błotem z Morza Martwego z przygotowanych wiader. Cóż, też chciałam sprawdzić czy to działa, a nóż będę ładniejsza, jednak gdy okazało się, że ta przyjemność kosztuje kolejne 3 JD zdenerwowałam się i obraziłam. Zapłaciłam prawie 70 zł za wejście do morza i za błoto też mam płacić, o nie. Kilka informacji: plaża jest zaniedbana i brudna, raczej nie do poleżenia na kocyku, krzesła i leżaki jakie tam są , są brudne, pordzewiałe i połamane, raczej odstraszają niż zachęcają do odpoczynku i kontemplacji. Na szczęście jest prysznic, żeby opłukać się z soli, bo po kilku minutach po wyjściu z wody wszystko nas szczypie. Wchodzimy też do basenu by mieć pewność, że sól z nas zejdzie. Chwila na słoneczku, jest cudnie. Na poziomie basenów krzesła są przynajmniej całe i czyste. Po 2 godzinach wychodzimy z kompleksu i wracamy do hotelu, jedziemy ponad godzinę, znów tylko góry, piasek, pojedyncze drzewa, tu i ówdzie namioty gdzie ludzie mieszkają na skałach - jak? Skąd mają jedzenie bo wodę chyba z beczkowozów które stoją przy namiotach. Że też im się tak chce, mieszkać gdzie jedyny ich widok to góry, brak roślin i wszędzie daleko. My mieszczuchy chyba tego nie pojmiemy.

 

Po przyjeździe jesteśmy strasznie głodni ale najpierw musimy wymienić kolejne stówki bo nie mamy za co kupić jedzenia i w ogóle kasy na życie. Trochę łapie depresję bo wymieniamy po 300 zł dziennie i wciąż nie mamy pieniędzy. Znów jemy kanapkę mięsem za 0,5 JD, Jarek szaleje, bierze dużą kanapkę za 1,5 JOD, trochę żałuje bo tylko mu pokroili kebab i dodali frytki, ja się objadam. Wracamy do hotelu i pijemy whisky, w końcu najlepszy sposób by nie mieć problemów żołądkowych. Cóż, taki przymus w krajach arabskich by pić alkohol każdego dnia.

 

Postanawiamy wyjechać z Ammanu, nie pokochaliśmy tego miejsca, choć trzeba przyznać, że ma swój niepowtarzalny klimat i umiejscowienie. Nasz cel to Perta. Od Chińczyków, z którymi byliśmy na wycieczce, dowiadujemy się, że z Południowej stacji odjeżdżają busy do Petry, oczywiście tylko rano i tylko jak będą pełne, czyli kompletny brak rozkładu jazdy.

 


 

Dzień trzeci

 

Podróż do Petry

 

Wstajemy znów o 7, tak chcę się wyspać ale przygoda czeka. Śniadanko- standard, bez żadnych niespodzianek. Wyruszamy na główną ulicę łapać taxi. Dziwi nas, że w każdej siedzą po 2 osoby, jakby ojciec z synem, którego przyucza do zawodu. Zatrzymuje się i chcemy wsiadać, ale na tylnym siedzeniu jest tobołek z ? czymś. Oczywiście pytamy się ile, nie chcemy później niespodzianek. Taksówkarz chce od nas 3 JD, wiemy, że 2 to max jaki powinniśmy zapłacić, niby nie ma sensu kłócić się o 4,5zł ale dla zasady odmawiamy. Zatrzymuje się następna, tym razem jest czysta, bez tobołków i syna, pan mówi, że włączy licznik- jedziemy. Jedziemy jakieś 20 minut a na liczniku miłe zaskoczenie: 1,4 JOD. Pan szuka dla nas busika do Perty czyli Wadi Musa. Oczywiście mamy pecha, właśnie pełen odjeżdża. Jesteśmy pierwsi w nowym busiku i znów negocjacje cenowe. Bilet powinien kosztować jakieś 3 JD, jest to najniższa cena jaką płacą turyści, bo miejscowi to koło 2 JD. Cena zaczyna się od 5 JD za osobę, staje na 7, wiem że przepłacam, ale jestem zmęczona, wsiadamy. Mam satysfakcję jak amerykański turysta płaci 5 JD jak mu powiedzieli. Jednak Polak potrafi. Mina mi rzednie jak Arabowi z 3 JD jeszcze wydają resztę bez żadnych negocjacji, czyli cena jest jednak ustalona. Ciągle mam poczucie, że przepłacam, taki kraj i taka mentalność.

 

Busy międzymiastowePo godzinie autobusik jest pełen, zabieramy jeszcze tylko cargo i jedziemy. Oczywiście w połowie trasy zatrzymujemy się przy sklepie i restauracji na pustyni na jedzenie, Nikt nie mówi po co ten postój, na jak długo. Żeby nie odjechali bez nas trzymamy się jednak blisko busika. Do Wadi Musa jedziemy około 4h. Z dworca łapiemy taxi do hotelu Valentines Inn. Taxi kosztuje nas 1 JOD. Jest blisko ale pod górę i polecam taxi, szczególnie jak ktoś ma spory bagaż. Podobno hotel Saba, czy jakoś tak jest tańszy a pokoje są ok, więc polecam za innymi Polakami. Nie mamy zarezerwowanego pokoju w Valentines Inn, liczymy na szczęście, w końcu jest poza sezonem. Pokój jest ale kosztuje 25 JOD za noc, nie da się zbić ceny. Ostatecznie płacimy 20 JOD ale nie mamy śniadania. Przeżyję bez jajka.

 

Plan był taki: jedziemy do Petry ? zwiedzamy a następnego dnia jedziemy na pustynię. Niestety jak dojeżdżamy jest po 13 i dowiadujemy się, że na zwiedzanie Perty mamy jakieś 3-4 h i to podobno za mało. Petra jest na dole miejscowości a my na górze - jeszcze musimy tam dotrzeć bo bus z hotelu odjeżdża tylko o 7 i 8 rano. Postanawiamy wykupić w takim razie 2 doby w hotelu i dziś się trochę powłóczyć po wiosce. Tylko czemu wszystko jest non stop pod górę? Ja mieszkam na Mazowszu, gdzie głównie jest płasko. Zostawiamy manele i rozpoczynamy misję- JEŚĆ. W okolicach hotelu jest kilka knajpek, wszystkie wyglądają na drogie, ale jesteśmy głodni. Cena 5 JD za kebaba nas jednak poraża, obrażeni wychodzimy z restauracji, szukając jednak lepszego świata.

 

Udaje nam się. Wydaje się, że jakaś moc jest z nami ale później znajdujemy to miejsce opisane w przewodniku, czyli inni byli tu przed nami, Allach damn it! Tuż za piekarnią (polecam baklawę ? niebiańska), koło piekących się kurczaków niepozorna knajpka gdzie chodzą tylko miejscowi, kanapka z mięsem (kebab) 0,5 JD i pyszny falafel 0,3 JD. W Polsce falafele są dla mnie ohydne, tam to niebo w gębie, pycha. Najedzeni mogliśmy powłóczyć się po okolicy... hmm nie ma po czym się włóczyć. Poza główną ulicą przy hotelu to miasto bez rozrywek, chyba, że ktoś lubi wieczorne i poranne modły wydobywające się z meczetów. Zakupujemy wodę, pepsi ? 2 JD i chlebek pita - 0,1 JD za sztukę, jakieś ciastka i baklawę (u nas takiej nie ma, chociaż może to i dobrze, bo można jeść póki się nie pęknie). Oczywiście wieczorem whisky.

 


Czwarty dzień

 

Zwiedzanie Petry

Oczywiście wstajemy rano (chcę spać! jestem na wakacjach!). Jemy chlebek pita z pasztetem podlaskim - jedyny jaki mamy z Polski. Baliśmy czy da się przewieźć jakieś jedzenie i nie było problemów. Bierzemy busa z hotelu do Petry o 8 rano. Powrót to 16 lub 17. Oczywiście wkurzamy się już przy kupowaniu biletów, bo podnieśli sobie ceny biletów o 13 JD. Zamiast 21 JD, które nasze koleżanki płaciły będąc na jesieni i o jakich piszą przewodniki, teraz trzeba zapłacić 33 JD od osoby, czyli jakieś 150 zł tylko za wejście. Wkurzeni odchodzimy od kasy, idziemy do informacji upewnić się czy kasjer nie chce nas naciągnąć. W informacji mówią, że każdy płaci 33 JOD i koniec. Zdenerwowani wracamy do kolejki do kasy, jakiś Anglik za mną chce naciągnąć Araba żeby kupił mu bilety za 21 JOD, ale ten tłumaczy, że on też płaci 33 JOD bo taka jest cena. Jakoś nie chce mi się wierzyć i z poczuciem, że jestem naciągana kupuję bilety po 33 JOD. W tej cenie powinniśmy mieć przewodnika (ci jednak czekają tylko na grubych amerykanów, którzy dają napiwki, nami się nikt nie interesuje) i przejażdżkę koniem - nie wiem jak i gdzie bo wszystko jest dodatkowo płatne. Wkurzeni, z poczuciem, że znów nas oszukali idziemy?

 

Skarbiec Faraona - PetraZaczynam żałować, że nie zabrałam olejku do opalania bo zaczyna się upał. Idziemy słynnym wąwozem z przewodnikiem w ręku i podsłuchując amerykańskie wycieczki. Dochodzimy do grobowca zwanego Skarbcem Faraona, który grał w 3 części filmu Indiana Jones. Wrażenie super, spieramy się jak Oni wyrzeźbili w skale postaci na takiej wysokości. Nie mamy konstruktywnych wniosków, idziemy dalej. Wchodzimy do samego miasta Petra. Z samego miasta wiele nie zostało, głównie grobowce i teatr. Zmęczeni usiedliśmy przy samym wejściu, za sklepem po lewej. Zjedliśmy pitę z dżemem i zobaczyliśmy, że za plecami mamy schody, po których wiele osób idzie, niektórzy jadą na osiołku. Nie mówię, że to jedyna słuszna droga ale naprawdę warto.

Widzimy schody to zaczynamy iść, nie spodziewaliśmy się, że jednak są tak długie i kręte i jak to schody ciągle idą pod górę.

 

Jesteśmy na samej górze - widzimy Petrę z samego szczytu jednego ze wzniesien otaczających miasto, jest pięknie. Na szczycie jest również ołtarz, na którym składano ofiary z ludzi. Schodzimy z drugiej strony góry, przy fontannie, rzeźbie w kształcie Lwa, wszędzie grobowce i groty. Szkoda, że nie wiemy jak życie wyglądało gdy Petra żyła, teraz grobowce wpisane na listę UNESCO i będące jednym z nowych 7 cudów świata służą jako schronienie dla osłów, gdzie chronią się przed upałem i srają gdzie stoją. A ludzie płacą 150zł za wejście.

 

Jako pamiątkę można też kupić kamyki z zabytkowych grobowców, gdzie widzieliśmy dzieci obłupujące młotkiem skałki, cena to 1 JD. Tak miejscowi wyceniają kawałek bezcennego skarbu jakim jest kamień grobowca z Petry. My nie kupujemy, może jak turyście nie będą kupować to nie będą tego niszczyć.

 

Jesteśmy dumni z naszych butów trekkinowych, sprawdzają się doskonale, skaczemy po górkach jak koziczki ale wiele osób wybrało inne obuwie, japonki, klapeczki, buciki z obcasem. Oczywiście można, ale nie da się w klapkach wspiąć na szczyt góry a to bezcenne przeżycie.

Męczy Nas słońce i silny wiatr (moja wina, że nie wzięliśmy mleczka do opalania - spaliliśmy sobie twarz i dłonie). Koło 15 zbieramy się do wyjścia z zabytku. Jesteśmy padnięci. Czekamy na busik, który o 16 ma Nas zabrać do hotelu. Oczywiście jeszcze idziemy na falafela za 0,3 JD. Pycha.

W hotelu jest internet Wifi, więc rozmawiamy przez Skype na telefonie komórkowym z bliskimi.

Tradycyjnie whisky wieczorem i pakujemy się na pustynię. Jutro wstajemy przed 6 rano. Kiedy ja się wyśpię?

 


Dzień piąty

 

Petra ? Wadi Rumm

Początek dnia był emocjonujący. Dzień wcześniej nastawiłem swój budzik w telefonie na 5:30, żeby się spakować i zjeść szybkie śniadanie ponieważ o 6:20 miał podjechać autobus zawożący nas na pustynie. Wycieczkę tą wykupiliśmy w hotelu za 35 JD (jeep, nocleg na pustyni) + 2 JD za wejście na teren Wadi Rumm + 5 JD za transfer z Petry od osoby. Niestety okazało się, że mój sprzęt zawiódł i się zawiesił i Nas nie obudził. Całe szczęście Kinga spała płytkim snem i obudziła się punkt 6. W wielkim pośpiechu ogarnęliśmy się i o czasie zeszliśmy pod hotel. Autobus po drodze zgarniał innych turystów z różnych hoteli. Droga z Petry na pustynie trwała nie więcej niż 1,5 godziny. Po drodze poznaliśmy 4 polskich przyjaciół z Dublina i małżeństwo Polaków. Ci ostatni rozpromienieni zdradzili, że będą podróżować po Wadi Rumm na wielbłądach ? współczucia.

 

Na miejscu przywitał nas bardzo miły i dystyngowany arab imieniem Zidane, który jest właścicielem jednego z lokalnych ?biur podróży?. Zaprosił nas na herbatkę i z czarującym uśmiechem oznajmił nam, że mamy teraz poczekać 1,5 godzinki ? to po cholerę wstawaliśmy tak wcześnie?! Przynajmniej była okazja do poznania się z rodakami.

 


Pustynia Wadi Rumm

Około 10 wyruszyliśmy jedynie z podręcznymi rzeczami (duże plecaki musiały zostać na noc na miejscu) w piach pustyni. Wyruszyliśmy to też za dużo powiedziane bo zatrzymywaliśmy się kilkakrotnie przy jakiś sklepach, znajomych arabskich ziomkach na pogawędkę i wulkanizatorze. Za przewodnika służył nam bardzo miły arab ? jedyną jego wadą było to, że mówił tylko po arabsku. Nie przyjechaliśmy tu przecież gadać a podziwiać widoki. Dlatego też zdziwiło nas, dlaczego po 3 minutach jazdy zatrzymał się po środku niczego i coś nam pokazywał. Jako, że w kalamburach jesteśmy nieźli, zgadliśmy, że chodzi mu o strumyk wypływający z góry, przy którym uzupełniały wodę karawany wychodzące w podróż. Niestety obecnie to kawał gumowej rury sprowadzonej po skałach, ale oczyma wyobraźni jakoś to zobaczyliśmy w pierwotnym kształcie.

 

Następnym punktem podróży były wydmy. Gdy wysiedliśmy z jeepa (?trochę? różnił się od tego na obrazkach w prospekcie, co niektórym się rozjechało z oczekiwaniami klimatyzowanego Land Rovera), arab pokopał w koło i powiedział: ?wit tirty minyt? i pojechał w siną dal. Znaczy się była usterka. Zostaliśmy sami i wydmy. Wdrapaliśmy się na sam szczyt podziwiać widoki ? faktycznie były zapierające i ta cisza dookoła. Niestety sielankowa atmosfera nie trwała długo, bo okazało się, że wydmy są miejscową atrakcją i zaraz zaczęły się zjeżdżać jeepy z innymi turystami. Niezłe były francuski, które śmigały po wydmach na snowbordzie jak po śniegu. Po jakimś czasie przyjechał nasz ?przewodnik? i zabrał nas do samochodu. Tak się zastanawialiśmy co by się stało jakby po nas tu nikt nie przyjechał ? odpowiedź padła szybko z ust kolegi - ?zbierały się już nad nami sępy?.

 

Kolejnym przystankiem były starożytne malowidła na ścianach, swoiste graffiti pierwotnych. Wyglądało to tak jakby co wieczór ktoś domalowywał coś od siebie dla turystów.

Następnie podziwialiśmy widoki pustyni i gór ? faktycznie zapierające dech w piersiach. Potem podjechaliśmy pod skałę i był launch time we własnym zakresie ? skończyło się na picie z dżemem na skałkach. W tym czasie nasz mistrz przewodników zniknął bez słowa na kolejne pół godzinki ze swoimi ziomkami (co oni robili idąc z buta pośrodku pustyni będzie dla nas zagadką). Potem pojeździliśmy jeszcze trochę po różnych miejscach widokowych i w końcu dotarliśmy do naszego obozu beduinów, gdzie mieliśmy zjeść kolację i spędzić noc.

 

Zachód Słońca na Wadi RummDowiedzieliśmy się, że kolacja będzie po zapadnięciu zmroku więc postanowiliśmy się przejść po okolicy. Niespodziewanie okazało się, że takich samych oryginalnych i nietkniętych przez cywilizację obozów beduinów jest w okolicy co najmniej kilka. Pokrzątaliśmy się jeszcze po okolicy i zasiedliśmy na skałce niedaleko obozu coby podziwiać zachód słońca, który ponoć na pustyni jest wyjątkowo malowniczy. Zadziwiające jak słońce powoli chyli się ku zachodowi jak człowiek jest głodny. Na szczęście byliśmy przygotowani do wyprawy niczym Bear Grylls i przyśpieszyliśmy ten proces Finlandią z colą.

 

Kolacja była dość skromna ale bardzo smaczna. Miało być granie i śpiewanie beduińskich melodii było tylko jedzenie. Za to obejrzeliśmy kilka filmów na komórce araba. Zadziwiające jest też, że mają tutaj zasięg o co jest ciężko w niektórych miejscach Warszawy. Po kolacji wyszliśmy na dwór aby podziwiać piękne i rozgwieżdżone niebo. Trochę się zdziwiliśmy gdy zamiast mlecznej drogi zobaczyliśmy snopy światła rodem z dyskoteki w Łebie. Okazało się, że w sąsiedniej wiosce beduinów bawił się król Jordanii. Ponoć ominęło nas lądowanie śmigłowców na pustyni i patrole uzbrojonych po zęby ochroniarzy. Nie ma to jak kontemplacja i podziwianie dziewiczej przyrody. Noc była zimna i bardzo wietrzna. Na szczęście byliśmy nieco znieczuleni więc wichura nam nic nie przeszkadzała choć efekt był niezły. Rano zjedliśmy standardowe śniadanko i ruszyliśmy w kierunku skąd zaczynaliśmy.

 


Dzień szósty

 

Wadi Rumm ? Eljat

Pod biurem Zidana czekała już na Nas taksówka, która za 25 JD miała nas zawieźć do przejścia granicznego z Izraelem w Akabie (ważne, żeby ją zamówić dzień wcześniej przy wyjeździe na pustynie). Zabiera się z nami parka Kanadyjczyków do Akaby (oddają nam 9 JD za kurs). Po drodze zatrzymuje nas przy granicy patrol miejscowej policji. Wypytują się skąd jesteśmy, gdzie jedziemy. Nam, jako że chcemy opuścić Jordanie, karzą wysiąść z taksówki. Atmosfera jest nieprzyjemna, oni są uzbrojeni w karabiny. Rozkazują nam otworzyć nasz bagaż. Po zlustrowaniu zawartości z wielkim uśmiechem słyszymy - ?Welcome!?. Napięcie opada. Po godzinie jazdy dojeżdżamy do granicy gdzie żegnamy się z taksiarzem i Kanadyjczykami.

 

Na granicy przed nami wycieczka Japończyków, jak zwykle pech. Podchodzimy do okienka, całe szczęście, że nie ma opłaty za wyjazd z kraju. Dowcipny Jordańczyk wkręca nas, że to jest granica z Egiptem. Jesteśmy tak zmęczeni, że prawie to łyknęliśmy jak młode pelikany. Wychodzimy z Jordanii pasem ziemi niczyjej ? trochę kiepskie uczucie, że tam po drugiej stronie są snajperzy. Na granicy z Izraelem jak zwykle kilka standardowych pytań. Jedynie Kindze naklejają coś na paszport, zastanawiamy się co to znaczy ? może dodatkowa kontrola, a może zakaz wjazdu. Nie dowiadujemy się ale proszą o otwarcie prześwietlonego bagażu. Doczepiają się do butelki coli z wódką. Oglądają, dyskutują i za bardzo nie wiedzą co z tym zrobić. Pokazuję, że to jest do picia więc puszczają Nas dalej. Dokonujemy reszty formalności ? wymieniamy kasę po kiepskim kursie 3,36 NIS za 1$ (w kantorze na granicy nie chciało przejść większość naszej gotówki bo niby pognieciona) i bierzemy taryfę na dworzec autobusowy w Eljacie. Tradycyjne targowanie się co do ceny, taksówkarz jakiś mocno podejrzany. Nie zgadzamy się na 35 NIS, które proponuje. Straszy nas, że taksometrem będzie co najmniej 40, ryzykujemy, wychodzi 32 NIS :)

 


 

Eljat - Jerozolima

Niestety ucieka nam autobus i następny będzie dopiero za 4 godziny. Kupujemy bilet do Jerozolimy za 73 NIS od osoby i czekamy. Wolny czas wykorzystujemy na obserwowanie miejscowych, wypoczynek no i lekka toaletę w dworcowym kiblu, gdzie zezowaty czarnoskóry zgarnia za to od Nas po 1 NIS. Pierwsze co nam się rzuca w oczy to bardzo dużo mundurowych i cywilnych osób noszących broń. Po pewnym czasie człowiek się przyzwyczaja ale z początku robi wrażenie stojąca w kolejce po kawę dziewczyna z dwoma kucykami, w koszulce i szortach z przewieszonym przez ramie karabinem M16A4.

 

Droga do Jerozolimy trwa ponad 4 godziny z pół godzinną przerwą w połowie. Podczas tej przerwy jemy po hamburgerze w macdonaldo - podobnej restauracji przy stacji benzynowej. Szybko okazuje się, że ceny jedzenia w Izraelu nie są już tak niskie bo za posiłek zapłaciliśmy 46 NIS. Druga sprawa to, że zaczynamy się po nim źle czuć ? bolą Nas brzuchy. Dojeżdżamy do Jerusalem, które w nocy robi wrażenie. Szczególnie, że po wyjściu z autobusu kontrola security jak na lotnisku. W informacji uzyskuję info, że ostatni autobus do Tel Avivu jest o 21 a jego koszt to 25 NIS od osoby. Bierzemy taksówkę spod dworca i jedziemy do hostelu. Okazuje się, że taksówkarzem jest Palestyńczyk (!), który nie wie totalnie gdzie jest nasz hostel. Mówię mu aby jechał do Bramy Damascus bo to w tej okolicy. Kręcimy się tam chwilę ale nie znajdujemy go. Wysiadamy i za kurs płacimy 35 NIS. Okazuje się, że hostel jest zaraz za rogiem, a dzielnica jest arabska, co widać, słychać i czuć.

 

Za New Palm Hotel (przy hostelu jest hotel ? warunki o niebo lepsze ale też o niebo drożej) płacimy 200 NIS za dobę, przez internet można taniej ale my i tak na jedna dobę tylko. Pokój jest najlepszy w jakim mieszkaliśmy na tym wyjeździe, a z okna roztacza się widok na stare miasto. Spotykamy naszych znajomych z Polski i mojego Klubu Biegacza Castellanus. Wychodzimy na stare miasto aby uczcić spotkanie kropelką alkoholu ale musimy przemieścić się z dzielnicy arabskiej bo tu go nie dostaniemy. Znajdujemy w części chrześcijańskiej pub przy Bramie Nowej i raczymy sie palestyńskim piwkiem Taybeh za 25 NIS za kufel. Długo nie siedzimy bo rano trzeba wstać a w pokoju padamy jak ścięci.

 


Dzień siódmy

Wycieczka do Betlejem

Rano jemy wspólnie śniadanko, gdzie poznajemy kobietę z Polski, która nieźle nam zaimponowała. Ma ponad 60 lat i sama wybrała się do Izraela na ?żywioł? szukać początków swojego drzewa genealogicznego. Zdumiewająco dobrze sobie radziła bez znajomości języka ale za to z dużą wiarą w siebie i ludzką życzliwość. Przed wyruszeniem do Betlejem dogaduję się z arabem, który włada hotelem, żeby zamówił Nam taksówkę, która kosztuje 50 NIS od osoby na lotnisko ale przynajmnie dowozi od drzwi do drzwi. Dużo nie trzeba dopłacić a nie będziemy się tłuc po nocy komunikacją publiczną.

 

Wejście do BetlejemAutobus w kierunku Betlejem odjeżdżał spod naszego hotelu a kosztował 4,5 NIS, podróż trwała ze 20 minut podczas których mogliśmy oglądać panoramę stolicy. Przystanek końcowy jednak wprawił w nas osłupienie. Gdy wysiedliśmy naszym oczom ukazał się wielki mur z wieżyczkami strażniczymi oddzielający część palestyńską od izraelskiej. Robi on piorunujące wrażenie. Tak naprawdę teraz czujemy, że tutaj cały czas trwa wojna. Wchodzimy do checkpointu, wszędzie kamery, wykrywacze metalu, bramki, komunikaty z megafonów i nieprzyjemna atmosfera. Ciarki przechodzą po plecach. Jeszcze tylko sprawdzenie paszportów i całą ekipą jesteśmy po drugiej stronie. Powietrze jest jakby oleiste i ciężkie. Obskakują Nas palestyńscy taksówkarze. Dziewczyny dobrze radzą sobie z negocjacjami bo zamiast 100 NIS za taksówkę płacimy tylko 40 NIS. Pakujemy się w dwie taryfy i mkniemy najpierw na na punkt widokowy a później do kościoła w Betlejem. Dużo ludzi w środku, miejsce gdzie narodził się Chrystus udekorowane tacą z dolarami ? przed nami przechodzili Rosjanie. W kościele wybucha awantura bo Amerykanie chcieli się wepchnąć w kolejkę przed Włochów. Prawie dochodzi do rękoczynów. No tak katolicy.

 

Po zwiedzeniu, taksówkarze ciągną nas do sklepów swoich wujków i ciotek, nie odmawiamy. Tym bardziej, że jeden z nich jest skrzyżowaniem Pudziana z Wałujewem, ale bardzo sympatyczny. Przynajmniej częstuje Nas pyszną kawą. Dojeżdżamy do checkpointu i znowu przechodzimy na drugą stronę ? izraelską. Jednak zamiast grobowej atmosfery wita nas głos prze megafony: ?Welcome in hell!!!? a za chwilę: ?Helloooo! I`m Lindsey Loooohaaan!!!? Kto oglądał Ahmeda, wie o co chodzi :) Zanosimy się ze śmiechu, fajnie, że mimo tak napiętej sytuacji ludzie z security nie tracą poczucia humoru. Z Nas też maja polewkę a my rozbawieni wychodzimy na przystanek autobusowy skąd odjeżdżamy na stare miasto.

 


 

Stare miasto w Jerozolimie

Wchodzimy na starówkę przez Jaffa Gate. Tutaj się rozłączamy bo każdy ma do zwiedzania coś innego. My z Kinga najpierw idziemy coś zjeść i wymienić kasę po lepszym kursie tzn: 3,73 NIS za dolara. Obecnie stare miasto wygląda jak jeden wielki jarmark. Tłocząc się miedzy ludzmi dochodzimy do Bazyliki Grobu Świętego. Tłumy na zewnątrz ? tłumy w środku. Czekamy godzinę w kolejce do grobu Pańskiego. Atmosfera jest podniosła, bardzo dużo rozmodlonych ludzi. Wszędzie śpiewy i pielgrzymki. Niestety nie mamy przewodnika, więc nie wiemy co oglądamy ? nadrobimy to po powrocie. Wchodzimy do grobu razem z Rosjankami a te rzucają reklamówki na grób i robią sobie słitaśne fotki na facebooka-a. Żenujące. Wychodzimy z jednej strony oczarowani miejscem a z drugiej strony załamani zachowaniem sąsiadów ze wschodu. Dobijają nas ludzie rzucający bambetle na płytę namaszczenia. Płyta ma moc święcenia przedmiotów które się na niej położy (faktycznie za sprawa olejków kupione przez Kingę krzyżyki i świece mają specyficzny zapach) ale nie wiem czy to działa przez plecaki i inne sumki. Tak czy inaczej trudno uwierzyć, że jednego dnia jesteśmy w miejscy gdzie narodził się i został złożony do grobu Chrystus.

 

Stare miasto - JerozolimaNastępnie udajemy się na ulicę Via Dolorosa, którą według wierzeń szedł Jezus dźwigając krzyż. Niezłe wrażenie robią ludzie idący z krzyżem pod górę, oraz odprawiane drogi krzyżowe w różnych językach. My idziemy w przeciwnym kierunku do Lions Gate. Gdy tam dochodzimy to z samochodu terenowego wyskakują uzbrojeni żołnierze. Jeden podchodzi do nas i z uśmiechem pyta czy może nam jakoś pomóc. Pytamy się o drogę na Górę Oliwną ? ten nam wskazuje i wyruszamy.

Znajomi poradzili nam abyśmy nie wchodzili na górę w środku dnia bo dobije Nas upał. Mieli rację. Na szczęście była już 17 ale nadal było bardzo gorąco. U podnóża zwiedzamy jeszcze Ogród Oliwny, a raczej to co z niego zostało. Ponoć te drzewa mają ponad 2 tysiące lat. Atakujemy górę, faktycznie cały czas idzie się w pełnym słońcu po ostrym wzniesieniu. Docieramy na szczyt skąd rozciąga się widok na całą Jerozolimę a szczególnie Stare Miasto. Słońce powoli chylące się ku zachodowi oświetla dachy bazylik co daje efekt jak z pocztówki ? rewelacja.

 

Wracamy do Lions Gate, a stamtąd udajemy się przez dzielnicę muzułmańska w kierunku żydowskiej, gdzie znajduje się słynna Ściana płaczu. Większość straganów już zamkniętych, nieliczne kończą handel, na uliczkach jakby pusto i mniej przyjemnie. Przyśpieszamy kroku ale po chwili ewidentny znak, że jesteśmy na miejscu. Musimy po raz kolejny przejść kontrolę security. Ścianę płaczu widzimy z oddalenia, nie podchodzimy bezpośrednio pod nią, nie chcemy zakłócać powagi tego miejsca. O tej porze nie widać tutaj raczej turystów, dlatego trzymamy się na uboczu i kontemplujemy to miejsce.

 

Następnie udajemy się w kierunku Damascus Gate, gdzie znajduje się nasz hotel. Tak naprawdę przemieszczanie się w obrębie Starego Miasta jest banalne tym bardziej, że w punkcie informacyjnym przy Jaffa Gate można dostać świetne mapki. Odległości wydają się spore ale tak naprawdę można je pokonywać dość szybko i sprawnie. Po drodze kupujemy tradycyjne pamiątki i zioła, które są bardzo drogie w Polsce a tutaj są za grosze. Spotykamy się ze znajomymi i idziemy na kolację (pyszne kebaby pod samym hotelem). Wieczorem przy piwku dzielimy się wrażeniami z całego dnia a szczególnie poranną wycieczką do Betlejem.

 


 

Jerozolima i Tel Aviv

Reszta wycieczki idzie spać ponieważ rano czekają ich kolejne atrakcje my natomiast na patio w hotelu czekamy na taksówkę, która ma przyjechać dopiero o 0:45. Im bliżej tej godziny tym bardziej zaczynam się denerwować czy dobrze się dogadałem co do przyjazdu taryfy. Punktualnie o czasie pod drzwi hotelu zajeżdża kilkuosobowy busik. Jedziemy około 1,5 godziny z Jerozolimy do Tel Avivu ? dobrze, że się nie spóźniliśmy na taryfę bo jak widzimy nie czeka ona na spóźnialskich. Na lotnisku chwilę czekamy na otwarcie bramek security i rozpoczęcia odprawy. Standardowych kilka pytań i dostajemy naklejki na paszporty. Jak się później okazuje chyba dobrze przeszliśmy test ponieważ dalej przechodzimy już bez ceregieli. Nasz bagaż też prześwietlony tylko raz i to wszystko natomiast bagaże innych pasażerów są prześwietlane kilkakrotnie i dokonywane są długotrwałe ręczne kontrole. Mamy fuksa ale tylko na chwilę bo nie wiadomo czy polecimy ? są jakieś problemy z udźwigiem. Godzina siedzenia jak na szpilkach przy odprawie, dostajemy miejsca i śmigamy na strefę. Tam wydajemy ostatnie szekle, które nam zostały bo po co to wieźć do kraju. Punktualnie o 9 rano lądujemy w Warszawie. A tutaj niespodzianka ? ciepło, słonecznie - wiosna w pełni!

 


 

Cenniczek Jordania i Izrael w marcu 2010

Ceny:

woda 1,5l - 0,5 JD

cola 1l - 0,5 JD

kebab - 0,5 JD

danie z kebabem - 1,5 JD

taxi po Ammanie 1-3 JD

pieczywo pita za szt. - 0,1 JD

 

kawa ? 8 NIS

hamburger ? 23 NIS

zestaw w mcdonaldzie ? 45 NIS

kebab ? 15 NIS

danie z kebabem ? 30-50 NIS

woda ? 7 NIS

taxi po Jerozolimie 30-50 NIS

przyprawy 100g ? 3-8 NIS

hałwa 0,5 kg - 10 NIS

 


Galeria "the best of":

 

 
Zegarek
Najbliższe starty
There are currently no events to display.

Tu szukaj
Kalendarz startów
There are currently no events to display.
Licznik odwiedzin
mod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_counter
mod_vvisit_counterDzisiaj3081
mod_vvisit_counterWczoraj8591
mod_vvisit_counterMiesiąc130277

We have: 114 guests online