Reklama
Reklama
Reklama
Facebook
Istanbul PDF Drukuj
Wpisany przez Jaro i Kinga   
wtorek, 05 kwietnia 2011 19:02

Banner

Istanbul - miasto na granicy dwóch kontynentów, religii i kultur. Tutaj nowoczesność miesza się z historią a sacrum spotyka profanum. Nie dziwi więc, że od wieków miasto to było ofiarą najazdów różnych nacji chcących przywłaszczyć sobie ten cenny zakątek świata. Pod koniec marca wybraliśmy się wraz z Kinga do Istanbułu - nie na podbój ale aby przekonać się na własne oczy czy to miasto jest jednym z najciekawszych na świecie.

Przed wyjazdem standardowa procedura. Ja zajmuje się logistyką tzn. bilet, dojazdy i hotel. Natomiast Kinga ogarnia przewodnik, plan wycieczki, waluty i ekwipunek. Jak zwykle to bywa z braku czasu powymienialiśmy się trochę obowiązkami. Do tego ja nie mogłem znaleźć jakiegoś fajnego i w miarę taniego hotelu w Istambule. Kinga więc poszperała w internecie i wynalazła porządny hotel na 7 nocy za 180? (normalnie kosztują powyżej 300?). Zwykle o każdym hotelu znajdowałem info lub jakieś opinie tak teraz nic, zero - biała karta w internecie. Istniała ich strona ale to wszystko. Trochę mnie to zaciekawiło i zaniepokoiło. Na szczęście nie trzeba było płacić zaliczki więc stwierdziliśmy, że za taka cenę zaryzykujemy. Na dodatek 2 dni wcześniej wylatywali do Istanbulu Nasi znajomi Dorian i Karola więc najwyżej im się zwalimy na głowy.

W dzień wylotu w Polsce była śliczna pogoda. Wiosna przyszła już na dobre, temperatura w dzień osiągnęła 10 stopni a na niebie słonce. Zwykle na Nasze wypady musieliśmy się zrywać jakoś o świcie to tym razem lot był o godzinie 13:10. Spokojne śniadanie w domu, ostatnie pakowanie i na lotnisko. Turcja jeszcze nie jest w Unii Europejskiej także solidne zakupy na strefie bezcłowej mają nam zapewnić całotygodniowe odkażanie na miejscu. Szczególnie polecam 2 litrowego ?Sir Edwards?-a - porządna łycha w dobrej cenie. Zresztą półka w sklepie o nazwie "crew choice" mówi sama za siebie. Idziemy przeszklonym rękawem do LOT-owskiego Boeinga 737. Patrzę a w kokpicie siedzi mój kolega, z którym lataliśmy parę lat. Akurat spojrzał on w tej samej chwili na rękaw, dostrzegł mnie i pomachał. Jakieś młode małżeństwo szło przed nami i laska myślała, że to do niej. Rozpromieniona odmachała i skomentowała jacy to u Nas są fajni piloci Śmiech "Franek" powitał Nas osobiście na pokładzie i trochę podśmiewał, że lecimy do Stambułu a tam taka słaba pogoda, że lepiej zostać w Wawie. Na szczęście mamy 2 litry kolegi Edwardsa więc nudzić się nie będziemy.

SultanahmetJak zapowiadano tak się stało. Istanbul przywitał Nas chłodem, niskimi chmurami i porywistym wiatrem. Jak zwykle gdy podeszliśmy do okienka z wizami kolejka z zawijasami - prawo Murphiego. Po kilkunastu minutach kupujemy wizę za 20$ (lub 15?) i ruszamy do metra, oczywiście po Nas w kolejce zostają ze 2-3 osoby. Najpierw trzeba wymienić trochę kasiory w kantorze, kurs nie jest najgorszy ale prowizja psuje zabawę więc najlepiej minimalną kwotę żeby na dojazd starczyło. Na metro kupuje się żetony po 1,75 TL (lira tureckiego) i śmiga pociągiem M1 (jedyny z lotniska) na stacje Zeytinburnu. Stamtąd za kolejny żeton przesiadka do tramwaju T1. W sumie jazda trwa około godziny a wysiadamy na przystanku nazywającym się jak cała dzielnica - Sultanahmet. Cala podróż kosztuje 3,5 za osobę (x2 żeby mieć w złotówkach), czyli 7PLN. Prywatni przewoźnicy chcą 5? za osobę busem.

Wysiedliśmy z tramwaju tak naprawdę w centrum ichniejszej starówki przed Błękitnym Meczetem. Ale gdzie teraz iść? Podchodzi do Nas elegancki Turek i pyta się czy nam pomóc. Pokazujemy mu kartkę z nazwą hotelu i ulicą. Pokazuje nam kierunek za meczetem i mówi, że to około 500m stąd. Na wszelki wypadek odpalam GPS-a w komórce, który potwierdza słowa Turka. Trochę mnie zdziwiło, że ta sama ulica i numer ma 3 lokalizacje w Istanbule ale udajemy się do pierwszej. Pogoda fatalna, zimno strasznie, wieje wiatr a na dodatek zaczął siąpić deszcz. Dochodzimy do celu ale tam nie ma żadnego hotelu. Rozglądamy się i nic. Pytamy się tubylców. Ci nie są pewni ale wskazują uliczkę i mówią, że to niedaleko. Idziemy tam i znowu nic. Pytamy się dalej i znowu idziemy, po raz kolejny nic. Zrezygnowani zatrzymujemy taksówkę aby Nas podwiozła, taksiarz patrzy na kartkę i mówi, że to za blisko i odjeżdża. Kluczymy tak już kilkadziesiąt minut, bagaże ciążą, jest mokro oraz zimno a hotelu nie ma i nikt o nim nie słyszał.

Wbijam w GPS drugą propozycję lokalizacji ulicy i numeru hotelu. Głos mówi, że 300m do celu. Stwierdzamy, że to ostatnia szansa a jak go nie będzie to szukamy czegokolwiek co ma dach.

Nawigacja prowadzi Nas ponurymi uliczkami, mroczno i trochę strasznie bo już dawno ciemno się zrobiło. Wchodzimy w ostatnią uliczkę, deszcz pada, słabe światło latarni - sceneria jak z horroru. GPS podaje, że hotel powinien być gdzieś w połowie drogi. Idziemy. Mijamy faceta w kapturze i słyszymy za plecami: Kinga, Kinga? Ja mam wrażenie, że się przesłyszałem, Kinga też zignorowała. Gość powtarza: Kinga, Kinga i dorzuca nazwisko. Mówię do Kingi, że chyba ktoś Cię woła. A Ona na to, że chyba tak ale kto by się 1700km od domu spodziewał, że ktoś w ciemnej uliczce będzie go wołał po imieniu Uśmiech Okazuje się, że to Aziz, pracownik naszego hotelu. Mówi Nam, że jest on w remoncie (choć ja tu prawdę mówiąc nie widziałem żądnego hotelu) i zabierze Nas do innego lepszego za tą samą cenę. Nieważne, oby w końcu pod dach i do ciepła!

Idziemy kilka minut i dochodzimy do hotelu, który mijaliśmy już kilka razy w trakcie błądzenia. Fajnie to wygląda z zewnątrz. Wchodzimy do środka, Aziz coś chwilkę rozmawia z obsługą i dwóch chłopaczków prowadzi Nas do pokoju. Otwieramy drzwi - wszystko ok, tylko zamiast jednego dużego łóżka są dwa osobne a między nimi ścianka do połowy długości. Pytam się gości, czy nie da się coś zamienić. W odpowiedzi tylko: ok, ok. Kinga mówi, że trzeba to olać. No to macham łapą i poddaje się ale nagle z łazienki wychodzi gość w ręczniku i zaczyna gadać cos po turecku. Wszyscy oprócz mnie zaczynają się śmiać a ja się wkurzam. Lecę na dół do Aziza, że to już przegięcie. On uspokaja i mówi, że za 10 minut gościa już nie będzie a jutro dostaniemy nowy pokój ? taki jak chcemy. Kinga pije herbatkę a ja się dalej wkurzam niepotrzebnie. Idziemy do pokoju, wszystko już jest w porządku. Łóżka są połączone razem ale ścianka nadal przeszkadza więc są złączone w połowie i chłopak z hotelu z uśmiechem wskazuje je i mówi "one big bed!". Sam zaczynam się śmiać i mi złość przechodzi, pomaga w tym jeszcze szklanka Sir Edwardsa.

Jak się zainstalowaliśmy i odświeżyliśmy to spotykamy się pod meczetem z Dorianem. Pokazuje nam w telegraficznym skrócie ciekawe miejsca, jemy dobrego kebaba za 3,5 TL. Ciekawe jest to, że kebaby mają prawie takie same jak w Polsce ale nie używają sosów a zamiast tego dużo przypraw. Preferują też raczej kebaby w bułce zamiast w cienkim cieście. Akurat ten jest taki jak lubimy, czyli pita z mnóstwem warzyw, mniam. Kierujemy się pod most Galata gdzie jest zagłębie trendy knajpek. Niestety ceny są tez trendy i browar kosztuje 9 TL czyli 18 PLN. Palimy też dobrą szisze za 25 TL. Na opowieściach mija nam wieczór, jutro zaczynamy zwiedzanie.

Śniadanko w hotelu całkiem smaczne. Jakiś serek, miód, dżemik, chlebek, jajko na twardo i owoce. Pijemy turecką herbatę w ich tradycyjnych filiżaneczkach ? pycha choć mocna. Aziz z hotelu mówi Nam abyśmy się spakowali i zostawili bagaże a oni nam je przeniosą do nowego pokoju jak już będzie gotowy. Nie ma co im nie ufać, jakby chcieli nas wyciulać to już by to zrobili. Idziemy na miasto. Pod Błękitnym Meczetem spotykamy się z Dorianem i Karoliną. Kierujemy się właśnie do w/w meczetu. Jest to jedna z głównych atrakcji Stambułu. Lekka kolejka mimo brzydkiej pogody. Wchodzimy do środka. Dziewczyny muszą zakryć włosy a faceci także ściągają buty. Wejście jest za friko a to niestety wyjątek tutaj. Meczet ładny ale jest jeden minus... wali skarpetami. I to chrześcijańskimi skarpetami bo muzułmanie przed wejściem do meczetu muszą umyć nogi. Tłum ludzi i zapach szybko nas wygania na zewnątrz. Choć meczet sam w sobie jest bardzo ładny i na Nas robi duże wrażenie. Ciekawostka jest to, że Sułtan gdy go budował zażyczył sobie dla swojej chwały 6 minaretów, tyle samo co meczet w Mekce - świętym miejscu Islamu. Oburzyło to świat muzułmański i kazali... dobudować siódmy minaret w Mekce.

Rybka w knajpieSiadamy na ławce w parku jak typowi Polacy. Godzina 11 ale co zrobić jak czeka na Nas flaszka Jamesona. Poprawiamy sobie humor i rozgrzewamy bo znowu jest zimno i wietrznie. Idziemy do Hagia Sophia. Była to dawna świątynia chrześcijańska, potem meczet a teraz jest to muzeum. Jak to w przewrotnej historii bywa najbardziej złupili ją Krzyżacy a podczas swojego pobytu, na tronie, który tam się znajdował posadzili prostytutkę. Całkiem ładnie wygląda we wnętrzu a wejście kosztuje 20 TL od osoby. Sporo ale co zrobić. Po zwiedzaniu idziemy na jedzenie do jednej z wielu knajpek. Tym razem ryba w bułce ? częste tu danie. Całkiem smaczne ale w mojej było pełno ości. Potem piwko na drogę i idziemy nad Morze Marmara. Niestety browar a ogólnie alkohol są dość drogie w Istambule. Piwo w puszce kosztuje 3-3,5 TL a w knajpie 6-10 TL, to jest o wiele drożej niż Polsce. Mocniejsze alkohole są jeszcze droższe. Niestety pogoda w ogóle a szczególnie nad morzem nie zachęcała do spacerów. Zmarzliśmy okrutnie ale, że byliśmy niedaleko naszego hotelu to postanowiliśmy wpaść i się rozgrzać. Po drodze śmialiśmy się z tego czy nasze bagaże jeszcze w ogóle tam są. Trochę Nam miny zrzedły jak usłyszeliśmy, ze recepcjonistka nic o nas nie wie. Ale gdzieś zadzwoniła i dała nam klucz z uśmiechem oznajmiając - "first class"! Wchodzimy a tam faktycznie duży pokój, 2 łóżka w tym jedno wielkie do tego stolik i szezlongi. No i to mi się podoba Śmiech

Piwko i sishaPostanowiliśmy skorzystać przy rozgrzewaniu z pomocy kolegi Edwardsa i minął nam szybko czas do wieczora. Natomiast po wyjściu zaskoczyło Nas to, że jeszcze jest jasno. Dlatego po sesji fotograficznej na starożytnym hipodromie (może ktoś znalazł przewodnik Doriana?) udaliśmy się do knajpy na piwko i szisze. Mimo, że właśnie w niej Nas ostro nacięli na kasę na koniec to cały czas nas zapewniali, że jesteśmy "the best customers". Fakt, że Niemcy i inne nacje patrzyli się na Nas dziwnie ale tylko Polacy potrafią się tak bawić na wakacjach ;)

Na drugi dzień z Kingą wybraliśmy się na spacer po starówce. Nasze kroki nieświadomie zaprowadziły Nas na Grand Bazaar - największy kryty bazar na świecie. 3,5 tysiąca sklepów w jednym miejscu musi robić wrażenie ale nie na bywalcach Stadionu Dziesięciolecia i Wólki Kosowskiej. Bazar jak bazar ale obiecalismy sobie, ze wpadniemy tu pod koniec wyjazdu. Obraliśmy kierunek na most Galata. Po drodze zahaczyliśmy o meczet Sułtana - wart obejrzenia, mało ludzi a na dodatek jest piękny. Okazało się, że ulica którą podążamy w ustalonym kierunku nagle i niespodziewanie się kończy. Byliśmy przy okazji głodni jak zwierzaki. Ze ściany budynku na końcu ulicy wydobywał się dym. W ten sposób odkryliśmy najlepszą knajpę z jedzeniem w Istambule. Żaden turysta się tam nie zapuści bo knajpa jest typowa dla lokalsów i wygląda jak bar na Dworcu Wschodnim w czasach świetności. Natomiast jedzenie kosztuje grosze ale jest właśnie tym czego chcemy spróbować w Turcji - polecamy!

Jedzenie w odkrytej knajpieW kolejnym dniu postanowiliśmy oddać się w wir podróży promem po Bosforze. Nie dajcie się naciągnąć namowom typków przy nadbrzeżu bo wybierzecie się łupinką (albo innym małym stateczkiem) na rejs po cieśninie. A wysoka fala sprawia, że podskakują one na wodzie jak korek od szampana. Mogę się założyć, że największy twardziel polegnie. My wybraliśmy duży prom, który za 25 TL zawozi Nas nad Morze Czarne a potem 3 godziny na miejscu i do Stambułu. Za 15 TL jest wersja skrócona bez postoju. My wybraliśmy full opcje. Prom jest duży i wygodny ale w czasie sezonu myślę, że jest dość tłoczno. Dodatkową zaletą promu jest pyszna herbata za 0,5 TL w jedynych i oryginalnych szklaneczkach ze spodeczkami. Płyniemy z kilkoma przystankami około 1,5h, dobijamy do malej wioski na granicy Bosforu i Morza Czarnego. Na wzniesieniu góruje zniszczona twierdza. Po ciężkiej wędrówce jesteśmy na górze, warto było bo widok piękny. Ciekawostka są miejscowe psy, które witają pasażerów promu i prowadza na sam szczyt w zamian za łakocie. Na koniec pobytu w tym miejscu decydujemy się na obiad w restauracji przy przystani. Początkowo mili Turcy na koniec zawyżają Nam rachunek na ponad 30 PLN naliczając jakieś bzdurne opłaty za podatek i obsługę. Stwierdziliśmy, że wznosimy się ponad to wszystko i olewamy - obsmarujemy ich na blogu i to czynimy - nie kupujcie tam nic, lepiej się napić piwa ze sklepu i zjeść kanapki. Wracamy do Istambułu podziwiając cieśninę Bosfor, pałace, domy i mosty łączące Europę z Azją.

Most między Europą i AzjąNastępnym punktem programu jest Pałac Topkapi. Na wstępie powala cena za zwiedzanie - 35 TL za osobę (20 TL pałac + 15 TL harem). Jest to obowiązkowy punkt programu więc wchodzimy. Poraża Nas tłum zwiedzających i dzieciaków na wycieczkach szkolnych ale się nie dajemy i wchodzimy szybko do haremu. Generalnie nie wiem czego się spodziewałem - roznegliżowanych kochanic Sułtana? Teraz to są gołe mury z tabliczkami, które objaśniają co się w danym pomieszczeniu działo. My byliśmy przed sezonem i w samym haremie była garstka zwiedzających. Jakby wyobrazić sobie co tu się działo przed pięcioma wiekami to mogło być gruuuubo :) Basen pod komnatami konkubin połączony z dworem Sułtana - oj musiało tu się dziać. Potem zwiedziliśmy Sułtańskie Skarbce. Diamenty i kosztowności są efektowne. Jest tu także porcelana podarowana przez polskich władców. Tak naprawdę nie zdawaliśmy sobie sprawy jak ważna jest religijna cześć zbiorów. Dla nas rozpoznawalna była jedynie laska Mojżesza. Dla Muzułmanów najważniejsze były relikwie związane z Mahometem - 60 jego włosów oraz płaszcz i odcisk stopy. Jest to jedne ze świętych miejsc Islamu. Na mnie największe wrażenie zrobił widok na zatokę Złoty Róg oraz cieśninę Bosfor. Teraz ten widok zapiera dech w piersiach ale dopiero wielkie wrażenie musiał wywierać na gościach Sułtana.

Class Kardelen RestaurantResztę wieczoru spędzamy w najfajniejszym pubie, restauracji w Istambule ? Class Kardelen. Po pierwsze nikt w niej nie chce orżnąć człowieka po drugie manager o imieniu Sultan to bardzo fajny gość, z którym można się dogadać na dobrą cenę za piwko a szisza jest pycha i najtańsza w mieście. Jeśli chcecie spędzić fajny wieczór to polecam właśnie to miejsce, jeśli będę miał okazję przylecieć kiedyś do Stambułu to właśnie tam skieruje swoje pierwsze kroki.

Następnego dnia z Kingą udaliśmy się promem na stronę azjatycką Istanbulu. Koszt to tylko jeden żeton jak w metrze, podróż trwa 20 minut a płynie się z przystani Eminou. Szczerze mówiąc oprócz świadomości, że zmieniliśmy kontynent nic się nie zmieniło. Ceny minimalnie niższe i ogólnie nic ciekawego do roboty. Zwiedziliśmy park z fajnym widokiem (po wyjściu w lewo do oporu), powłóczyliśmy się po wybrzeżu a na koniec zjadłem dobrego kebaba w bułce z ayranem (lokalny słony jogurt - dla mnie rewelka) za 2 TL. Wróciliśmy nie na stacje Eminou ale na Kabatas - po drugiej stronie Złotego Rogu. Przy okazji zobaczyłem stadion Besiktasu Istanbul. Z buta przeszliśmy aż do mostu i wieży Galata (ponoć fajny widok za 10 TL). W końcu była piękna pogoda i było ślicznie. Do tego świetne widoki na Sultanahmet. Wróciliśmy mostem Galata. Bardzo fajnie wygląda łowienie ryb przez wędkarzy z mostu. Las wędek, uśmiechniętych gości (nawet kilka kobiet) i słoiki ze złowionymi zdobyczami - to trzeba zobaczyć. Większość ze złowionych ryb ląduje też w pobliskich restauracjach.

Rybki wędkarzyPrzedostatni dzień przeznaczyliśmy na zakupy, zostało nam trochę kasy na przepieprzenie to można poszaleć. Kinga dobrała też kilka lirów z bankomatu i okazało się to strzałem w dziesiątkę bo przelicznik wyszedł najkorzystniej. Kilka zakupów w markecie, niektóre rzeczy naprawdę tanie ? szczególnie artykuły codziennego użytku. Potem poszliśmy na Grand Baazar. Generalnie badziewie straszne ale można coś zakupić fajnego. Trzeba się targować. Jeśli ktoś był w Azji wie jakie to męczące ? tutaj na szczęście w porównaniu do np. Chin albo Wietnamu jest łatwizna. Sprzedawcy nie są upierdliwi a często udaje się kupić rzeczy za 1/4 ceny. Warto zrobić rozeznanie w kilku stoiskach bo ceny tego samego mogą się dość znacznie różnić. Polecam fajne koszulki i porcelanę. Następnie udaliśmy się na Bazar Korzenny - tu można zaopatrzyć się w zioła, przyprawy i herbaty oraz kawę, która pachniała długo zanim się ja zobaczyło. Ogólnie jest dużo podróbek dość marnej jakości więc trzeba uważać. Tanie są zabawki dla dzieci ale te polecam zakupić w przejściu podziemnym przy moście Galata.

Morze MarmaraNasza podróż dobiegała końca. Ja wybrałem się jeszcze ostatniego dnia na poranny jogging po największych zabytkach. Spacerek po Sultanahmet i na lotnisko. Na strefie lotniska Ataturk można za 16? kupić 1L Raki (lokalna wódka anyżowa) ze szklaneczkami - bardzo dobra cena bo na mieście pół litra kosztuje 25 TL. Mnie jako gościa z branży lotniczej zaciekawiła ochrona lotniska, uśmiechnięta, bezproblemowa, jak ktoś miał napój powyżej 100ml to mógł go spokojnie dopić po kontroli. Ja wszedłem na lotnisko z 1,5l wodą mineralną. U Nas bym był największym zagrożeniem a tutaj spokojnie ją dopiłem bo ścisła kontrola security jest przed wejściem na samolot (wcześniej przy wejściu na lotnisko). Dzięki temu nie trzeba się stołować w drogich barach w porcie. Niby jako Europejczycy pełną gęba uważamy się za społeczeństwo wolne i demokratyczne ale czy tak właśnie jest...?

Wylatujemy z Istanbulu, gdzie temperatura wynosi już ponad 20 stopni i świeci piękne słońce. W Warszawie lądujemy przed czasem a na zewnątrz 0 stopni i śnieg leży na trawie. Jak zwykle okazuje się, że gdy tylko wylecieliśmy do Turcji u Nas była prawdziwa wiosna a dopiero teraz się ochłodziło. Ehhhh jak zwykle. Oby do następnego wyjazdu!

PS. Tekst nie jest sponsorowany przez producenta Sir Edwards-a ? my go po prostu lubimy ;)

Błękitny meczet:

               

Hagia Sophia:

             

Widok z Pałacu Topkai:

           

Meczet Sułtana:

         

Prom na Bosfor:

       

Widok z mostu Galata i wędkarze:

Galeria zdjęć:

 
Zegarek
Najbliższe starty
There are currently no events to display.

Tu szukaj
Kalendarz startów
There are currently no events to display.
Licznik odwiedzin
mod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_counter
mod_vvisit_counterDzisiaj2544
mod_vvisit_counterWczoraj2167
mod_vvisit_counterMiesiąc107247

We have: 94 guests online