Reklama
Reklama
Reklama
Facebook
Singapur, Malezja i Wietnam PDF Drukuj
Wpisany przez Jaro & Kinga   
poniedziałek, 16 stycznia 2012 18:43

Banner Azja

Szybko czas mija i od ostatniego pobytu w Azji upłynął rok. Postanowiliśmy sobie wraz z Kingą, że w 2011 postaramy się również wyjechać w ten rejon. Urlop zbliżał się wielkimi krokami a my nie mieliśmy pomysłu gdzie jechać. Może Bali, a może znowu Chiny? W Tajlandii straszą powodziami. W końcu postanowiliśmy polecieć do Singapuru, Malezji, Kambodży oraz Wietnamu. Sporo świata jak na 3 tygodnie urlopu. Czy Nam się udało? Zapraszam do przeczytania relacji.

 

Trasa wybrana. Dwa tygodnie przed wyjazdem zaczynam przygotowania. Korzystam z nieocenionej pomocy znajomych, głównie z pracy. Wrzucam na Facebooka notkę i juz za kilka minut jestem zasypany informacjami dotyczącymi hoteli, przejazdów i wiz. Trasa zaplanowana jest ambitnie - przelot do Singapuru, potem busem przez Melake do Kuala Lumpur, stamtąd samolotem do Sajgonu. Z Wietnamu planujemy Kambodże, powrót do Hanoi i stamtąd do Warszawy. Staram się nie planować wszystkiego na styk aby uniknąć nerwów jak cos nie pójdzie. Hotele bookuje za pomocą znanych i lubianych stron: booking.com, agoda.pl i hostelworld.com. Większość nie wymaga kaucji a rezerwacje do 1 dnia, przed planowanym przyjazdem, mogę zerwać. Kłopot jest z przelotami. Lokalnie w Azji opłaca się latać tanimi liniami. Niestety przed lotem ceny są wysokie więc rezerwuje bilety z wyprzedzeniem - to są słabe punkty planu, jak coś się omsknie to po jabłkach. W pewnym momencie na biurku rośnie sterta papierów i zaczynam się gubić gdzie i co porezerwowałem a gdzie nie. Kilkanaście nazw hoteli, dziesiątki maili - wszystko mi się miesza. Na kartce rysuje wykresy i jak w "CSI: Kryminalne zagadki" rozpracowuje wszystko w pewien algorytm. Jeszcze tylko zamawiam wizy do Wietnamu (tam gdzie ostatnio), pakowanie i jestem gotowy do podroży. I nagle olśnienie. We wniosku wizowym nie podałem pełnych imion i nazwisk, a że jest to kraj socjalistyczny to mogę mieć problem z przekroczeniem granicy. Wysyłam maila - brak odpowiedzi. Łapię nerwa. Dzwonie na podany numer przez Skype - wyświetla, że jest to Wietnam. Ktoś podnosi słuchawkę, w tle gwar azjatyckiej ulicy. Słyszę - "Helloooo Mista!". Tłumacze o co chodzi. Dziewczyna odpowiada - "No problem Mista Jarosław It's OK!" Zaczyna się optymistycznie!


W przeddzień wyjazdu moja koleżanka Małgo bierze ślub, bawimy się do późna ale nie przeginamy aby nie zdychać w kilkugodzinnej podroży. Wylot z Warszawy do Helsinek mamy o 16 wiec rano spokojne śniadanko, ostatnie pakowanie, obiad u rodziny, schabowy od Kingi mamy na drogę i ruszamy. Na lotnisku Okęcie spokój - wszak to niedziela. Dziewczyna w checkin-ie nie za bystra - coś jej nie pasuje z kodem biletu pracownika. Przychodzi stara wyga i z uśmiechem wydaje nam kartę boardingowa, niestety tylko standby - bez miejsca - taki urok latania na biletach pracowniczych. Na szczęście mówi nam, ze jest wolnych 10 miejsc więc się zabierzemy. Przy kontroli bezpieczeństwa spotykam kolegę - pilota z LOT. Pytam się gdzie leci po cywilnemu - na symulator do Helsinek. O tam gdzie ja! Niestety dowiaduje się też, że jest ich 12 a mają pierwszeństwo przede mną do wylotu... Lekkie nerwy ale jakby co to jest jeszcze lot Finnair-em, niestety na styk z przesiadką. Szczęśliwie okazuje się, ze miejsc starczyło dla wszystkich. Po niespełna dwóch godzinach lądujemy w Helsinkach. Mamy 3 godziny do odlotu więc kręcimy się po lotnisku. Od razu zostajemy odprawieni do Singapuru i dają Nam miejsca - miło. W ogóle podróż przez Finlandie mi się podoba. Mały, przyjazny port, miła obsługa. Zupełnie inne wrażenia niż Frankfurt czy Monachium. Na rozkładanych leżankach oglądamy film na netbooku. Wziąłem kompa aby mieć dostęp do netu w razie problemów - tak na wszelki wypadek. O 23 startujemy i po 12h lotu lądujemy już w Singapurze.

Hotel z plażą na dachuKinga naczytała się, że Singapur to miasto - państwo z bardzo restrykcyjnym prawem. Nie mówię o karze śmierci za narkotyki ale na przykład o zakazie wwożenia gum do żucia. Z bólem serca zostawia w samolocie paczkę gum o których zapomniała. Lotnisko jest ładne i duże. Wszystko bardzo dobrze oznakowane. Na stacji kolejki kupujemy bilet za 1,5 SGD (dolar singapurski - około 20% tańszy od dolara amerykańskiego, czyli 3 PLN). Mamy tylko gruby nominał a automat przyjmuje drobniaki. Obok automatów stoi jednak Pani służy pomocą w rozmienianiu pieniędzy. Taka praca. Wszystko jest idealnie oznaczone, wszędzie napisy po angielsku, zaraz, tu są napisy tylko po angielsku! Język ten jest urzędowy w Singapurze więc o trudnościach w dogadaniu się nie ma mowy. Obawialiśmy się, że ten jeden raz w Azji to my wypadniemy blado z naszym angielski, ale jednak nie było tak źle.

Wysiadamy w dzielnicy Geylang - takie trochę przedmieście, dla biedoty. Ale hotel jest za to kilka razy tańszy niż w centrum. Dzielnica wygląda jak typowa w Azji, dużo jedzenia, zapachy i karaluchy. Jest to też miejsce gdzie jest dużo dziwek ( jak Kinga mówi- Pań dziwek Puszcza oczko) - taki miejscowy red light district. Ciężka robota bo od rana wystawały na rogach ale ogólnie bardzo bezpiecznie. Hotel to Lucky z sieci Hotel 81. Całkiem porządny. Jak na Azje drogi - 60$ za pokój dwuosobowy, jak na Singapur tani. Zwiedzamy najbliższą okolicę, jemy coś i po krótkim odkażaniu whisky kładziemy się spać.

Rano wstaje aby pobiegać (możecie o tym poczytać na blogu w sekcji bieganie). Na mapie patrzę, że niedaleko jest Lavender Street, na której jest dworzec skąd odchodzą busy do Melaki w Malezji. Dobiegam tam, rozglądam się po rozkładach. Autobusy rano odjeżdżają mniej więcej co godzinę i kosztują około 20$. Niestety na bieganie nie wziąłem kasy a Pani mówi, że może nie być miejsca a bez pieniędzy nie kupię biletów. Okazuje się, że jest duża konkurencja wśród kompanii przewozów i Pan z innej zaprasza mnie do siebie. Zrobi mi rezerwacje a ja zapłacę przy wyjeździe. Świetnie! Pani w okienku prosi mnie o imię. Mówię jej dużymi literami i po woli: J A R E K. What? J A R E K What? Literuje po angielsku, kilka prób, zamazane pół kartki i widzę tam: I A R E K. Pytam się czy podać nazwisko. Pani, że tak. Podaję. Pani blednie ale za chwile uśmiecha się i słyszę: Name is enough! Uśmiech

Tego samego dnia jedziemy zwiedzać miasto. Po wyjściu z kolejki w centrum widok wieżowców i zaawansowanej cywilizacji robi na Nas wrażenie. Singapur jeszcze kilkadziesiąt lat temu był osadą rybacka a teraz jest to ultra nowoczesne miasto. Do tego hotel z plażą i palmami na dachu - czujemy się jakbyśmy z prowincji przyjechali do Warszawy i zobaczyli Pałac Kultury. Cale miasto jest tez bardzo czyste. Idziemy przez Chinatown do Little India. Ta dzielnica jak wskazuje nazwa wygląda jak Indie. Niełe lokalne jedzenie - mega ostre. Po drodze jak zwykle świeżo wyciskane kolorowe soki z egzotycznych owoców - tutaj za grosze. Wszędzie widzimy napisy Happy Deepavali, z początku nie wiemy co to znaczy. Potem doczytujemy, że to święto ludzi hindu na całym świecie. Jest to dzień światła, wszędzie lampeczki, okazjonalne dekoracje - pierwszy raz się z tym spotkałem ale robi wrażenie.

MelakaKolejnego dnia wyjazd do Malezji - około 250km do Melaki. W necie straszą, że podróż może trwać 5-8 godzin. Na szczęście jest przed sezonem więc na granicy jesteśmy moment i po 4h z hakiem jesteśmy na miejscu. Ciekawe jest to, że ja mam normalny stary paszport i pogranicznicy w sekundę mnie obsługują. Kinga ma jakiś bajerancki biometryczny a trwa to zawsze co najmniej kilka minut więcej. Melaka jest dość małym miasteczkiem kolonialnym ale za to bardzo malowniczym. Choć sam dworzec autobusowy na który przyjeżdżamy jest wielki i trochę na uboczu. Patrzę na gps a do hotelu ze 3km, czyli pół godzinki spaceru. Jest gorąco. Kinga mówi żebyśmy wzięli taxi. Koleś mówi 15 MYR (około 15PLN), ja przeliczam i stwierdzam, że to za drogo - jesteśmy przecież w Azji. Żaden taksówkarz nie zgadza się na 10 MYR. Moja urażona duma karze mi iść na piechotę. Po 0,5km kłócimy się z Kinga, widzą to taksówkarze z postoju gdzie się przed chwila pytaliśmy. Jeden z nich podjeżdża i się pyta czy jednak chcemy podwózkę. Ja staje twardo przy swoich 10 MYR. Gość macha ręką i wsiadamy. Po drodze widzę, że nie byłoby praktycznie szans dalej iść piechota chyba że środkiem ruchliwej drogi - teraz wiem czemu tyle chcą za kurs. Taksówkarz podwozi nas, jednak chwilę zajmuje mu znalezienie tego hostelu, to nowy obiekt i mimo, że byliśmy od niego 50m, nikt z lokalsów nie wie gdzie to jest, ale udaje się i wkrótce rozpakowujemy się w nowym miejscu w innym kraju.

Sam hostel niczego sobie, po Singapurze taniutki bo 20$ za pokój 2 osobowy. Zwiedzamy miasto, jemy (a w zasadzie ja jem a Kinga chciała) ciastka z durianem (najbardziej śmierdzący owoc na świecie - jedni wymiotują jak tylko poczują ten zapach, inni się zachwycają). Zabytków mało ale całkiem ładnie. Płyniemy stateczkiem po kanale, kiedy zaczyna padać deszcz - no tak, koniec pory deszczowej. Inne turystki z Azji użyczają mi parasola. Zwiedzamy fort, gdzie usadowione są działa ale wszystkie wycelowane w ląd. Okazuje się, że podczas gdy siedzieli tu koloniści tacy byli pewni swojej potęgi morskiej, że bardziej bali się ataku z lądu niż z morza. Dzień kończymy świeżym kokosem (polecam) i kurczakiem. Ciekawostką jest, że w Singapurze i Malezji kurczaka jadają w całości (razem z kośćmi), tzn. kroją go na kawałki i wrzucają do jedzenia. Nam to niezbyt podeszło bo co widelec to musieliśmy oddzielać mięso od kości. Miejscowi maja jakiś patent, że się tak nie męczą jak my. A może jędzą kurczaka z kośćmi?

Kuala LumpurRano jedziemy na dworzec i stamtąd bierzemy busa do Kuala Lumpur. Podroż trwa około 3h. Co śmieszne, bilet jest tańszy niż taxi w Melace ? 9 MYR. Wjazd do stolicy Malezji robi wrażenie. Autobus dojeżdża do dworca, który jest większy niż większość portów lotniczych w Polsce. Chwila w pociągu i jesteśmy w hostelu Classic Inn. Całkiem fajny jak na azjatyckie standardy. Do tego smaczne śniadanko wliczone w cenę. Zostawiamy rzeczy i śmigamy na miasto. Okazuje się, że hostel koło gigantycznego centrum handlowego- 10 pięter sklepów, na szczęście Kinga nie ciągnęła mnie na zakupy bo i ją wielkość tego mall-a przeraziła. Ponoć jeszcze kilkanaście lat temu KL wyglądało zupełnie niepozornie. Teraz centrum usiane jest wielkimi drapaczami chmur. Całkiem nieźle to wygląda. Kręcimy się trochę po mieście ale większą część zwiedzania zostawiamy na następny dzień. Wieczorkiem siadamy na klimatycznym hotelowym tarasie i popijając whisky oglądamy filmik.

Drugiego dnia w Kuala Lumpur udajemy się na właściwe zwiedzanie. Petronas Tower, wieża telewizyjna, parki, ogród botaniczny. Miasto bardzo Nam sie podoba. Wszystko jest dobrze skomunikowane za pomocą kosmicznej kolejki SkyTrain. My lubimy zwiedzać chodząc więc niewielkie odległości miedzy atrakcjami pokonujemy z buta. W ciągu dnia tradycyjna burza. Malezja jest trochę tańsza od Singapuru pod względem żywności ale ceny zwłaszcza alkoholu nie są małe. Nawet na bazarze gdzie praktycznie są same podróbki to ceny jak w markowych sklepach. Do tego mało kto się chce targować. Trafiliśmy też na kontrolę policji i widzieliśmy jak połowa stoisk się zwijała a połowa chowała część swojego towaru, nie mieliśmy wątpliwości, że wszystko na tym bazarze to podróbki. W sumie nikt nie powinien być tym zdziwiony.

Następnego dnia mieliśmy linią Air Asia polecieć do Sajgonu. Na rozpisce sieci transportowej w KL widziałem że z niedalekiej stacji metra jedzie bezpośrednio na główne lotnisko szybki pociąg. Nie drążyłem tematu dalej bo komunikacja tutaj nie jest droga. Kinga wierciła mi dziurę w brzuchu czy dobrze wszystko sprawdziłem, bo co innego przeczytała w przewodniku. Spojrzałem na dokumenty - lot jest z głównego lotniska. Od niechcenia wieczorem wszedłem do Internetu i się zdziwiłem. Okazuje się że kolejka na lotnisko kosztuje 70 pln od osoby. Strasznie dużo! Zszedłem do recepcji i gość mi to potwierdził. Tym razem posłuchałem Kingi i jeszcze raz poszukałem w necie. Okazuje się, że Air Asia lata z głównego lotniska ale z innego terminala. Jeżdżą tam busy z KL Sentral za około 10 pln od osoby. Uff, cena znacznie lepsza. Wieczorem polecieliśmy i już w dwie godziny byliśmy w Sajgonie.

Wietnam juz znamy więc na lotnisku poczuliśmy się jak w domu. Tym bardziej, ze przywitał Nas kolega Piotrek - Śruba, u którego nocowaliśmy. Dzięki Piotrek Śmiech Chwila na rozpakowanie, szybki drineczek i śmigamy do modnej dyskoteki w Sajgonie - "Apocalypse Now" - jak legenda niesie założonej przez amerykańskich żołnierzy. Cena za wejście 10$ - jak na kraj gdzie średnie zarobki miesięczne wynoszą 100$ to dość sporo ale przed klubem tłum ludzi. W środku tłok jeszcze większy. Muza fajna tylko szkoda ze po 1,5h wszystkie kawałki leciały od początku - widocznie mieli tylko jedna płytę Puszcza oczko Miejscowe dziewczyny odpicowane na maksa, tylko na chwile zostało się samemu juz kręciły się dwie, trzy adoratorki, istny raj. Niestety zainteresowanie dziewczyn głównie zależało od ceny jaką chcesz zapłacić. Zabawa była niezła a wróciliśmy nad ranem.

Ngoc BichMieliśmy z Wietnamu pojechać do Kambodży. Dlatego kupiliśmy droższe wizy wielokrotnego wjazdu. Już w Malezji dowiedzieliśmy się, że warunki sanitarne po przejściu powodzi miesiąc wcześniej są słabe. Lekarze z WHO odradzali podróż w ten rejon przez pewien czas ze względu na zagrożenie malarią i innymi chorobami. Stwierdziliśmy, że sobie tym razem odpuścimy. W zamian chłopaki polecili nam pojechać 250km od Sajgonu do Mui Ne. To taka wietnamska Łeba - kurort wypoczynkowy nad morzem. Kupiliśmy za 3 dolary bilety i w drogę. Jako, ze drogi są fatalne jechaliśmy z 5 godzin, oczywiście z obowiązkową przerwa na obiad u znajomych ziomków kierowcy. Na miejscu byliśmy pod wrażeniem miasteczka. Palmy, piaszczysta plaża. Wzięliśmy bungalow w resorcie Ngoc Bich za 40$ - nie jest to mało ale warunki spoko. Z drzwi prosto wychodziliśmy na basen a 1 minutę mięliśmy do plaży.

Kolega Darek polecił mi restaurację Sunset. Nie było łatwo do niej trafić bo była trochę na uboczu i z dala od głównej drogi. W końcu dzięki telefonicznym wskazówkom udało się ją znaleźć. Wchodzimy a tam pustka, tylko dwoje białych siedzi pod ścianą. Usiedliśmy, dostaliśmy menu a ja za plecami słyszę: Cześć Jaro! Zszokowany odwracam się a tam moja koleżanka z pracy Monika z mężem. Świat jednak jest mały. Im też znajomi z Wietnamu polecili tą knajpę. I byliśmy pierwszymi ludźmi których tam spotkali, mimo, że jedli tam kilkakrotnie. Mimo, że było tam tak mało klientów, zawsze mieli świeże rzeczy i bardzo smaczne, jak zamówiłem świeżego kokosa to koleś wszedł na palmę i go zerwał. Nie mógł być bardziej świeży Uśmiech był pyszny!

Tego samego dnia wieczorem spotykamy się na kolacji. Opowiadają Nam co warto zobaczyć w okolicy. Następnego dnia za 10$ wypożyczamy skuter i zwiedzamy czerwone i białe wydmy oraz rzekę wraz z wodospadem. Idzie się koło 30 minut środkiem strumyka by na końcu zobaczyć wodospad. Mały, lokalny przewodnik chce nam pokazać jak bezpiecznie przejść przez strumień, bo podobno jest to bardzo niebezpieczne, jednak za swoje usługi chce 10$, co uważamy jest stanowczo za dużo, szczególnie, że znajomi mówili że woda jest w najgłębszym miejscu jest do łydek. Rezygnujemy z usług przewodnika i idziemy sami w nieznane. Widoki są cudowne, jednak na końcu wielkość wodospadu nas rozczarowała, cóż, zobaczyliśmy i ruszyliśmy w drogę powrotną.
Wieczorkiem jemy kolacje, wypijamy kilka piwek ale jeszcze wybieramy się na wycieczkę skuterem Uśmiech Tak, piłem i prowadziłem, na trzeźwo trudno jest tam jeździć, bo na drogach panuje samowolka, nikt się nie zatrzymuje na czerwonym świetle, a na rondzie poczułem się jak łoś, jak jako jedyny pojechałem na około, a nie przez środek ronda pod prąd! Przed powrotem do Sajgonu dociera do Nas informacja o awaryjnym lądowaniu 767 w Warszawie. Dla nas może to oznaczać kłopot z zabraniem się do domu skoro LOT ma jeden samolot mniej.

RybacyWracając umówiłem się z Darkiem, że poprosimy kierowcę aby wysadził nas niedaleko marketu Metro (bardzo charakterystyczny punkt w okolicy ? w zasadzie jedyny market w mieście). To u nich powszechna praktyka, że wsiada i wysiada się wszędzie. Stamtąd mięliśmy udać się do Darka i Kasi na kolacje i małe co nieco. W Azji zazwyczaj jest w autobusie kierowca i kierownik autobusu. Tak tez było tym razem. Wytłumaczyliśmy gdzie ma się zatrzymać, powiedział OK OK. Gdy dojeżdżaliśmy na miejsce to się okazało, że jednak się nie zatrzyma. Zaczęliśmy robić awanturę. Przejechali to miejsce. Nic nie można było się dogadać, goście tylko mówili NO. Nagle gość się zatrzymał i wypuszczał swoich ziomków a nam zastąpił drogę byśmy nie wysiedli i ruszył. Wściekliśmy się. Zaczęliśmy się drzeć a Ci niewzruszenie zawieźli Nas do samego centrum. Oznaczało to dla Nas stratę czasu w korkach i koszt taksówki około 15$. Kinga weszła do przedstawicielstwa firmy przewozowej i zaczęła robić awanturę. Dziewczyna z biura poszła się spytać kierowcy o co chodzi. Ten się wytłumaczył że nie mógł Nas wypuścić bo... mieliśmy bagaż w luku. Teraz stwierdzili, że za 2 godz. jedzie z powrotem to może Nas zabrać i wysadzić tam. Jakby nie mógł Nam wcześniej powiedzieć o tym bagażu. Stwierdziliśmy, że nie będziemy czekać na powrót tyle czasu i zażądaliśmy taksówki na koszt firmy. Dziewczyna wykręcała się jak mogła ale w końcu stwierdziła, że może nam za 5$ załatwić dwa skuterki, które zawiozą nas na miejsce. Przystąpiliśmy na jej propozycje ale z lekkimi obawami. Za chwile podjechało dwóch miejscowych ziomków i zapakowali walizkę. Pytam się tej laski czy wiedzą gdzie jechać a ona, że nie i żebyśmy pokazali im drogę. No tak, a niby skąd mielibyśmy to wiedzieć. W końcu jeden na słowo Metro się uśmiechnął wiec chyba skumał gdzie to jest i pojechaliśmy. Mój skuter był w miarę ok, natomiast Kingi nie miał świateł, kierunków, ani podstawowej rzeczy w Wietnamie - klaksonu. Dlatego jej kierowca miał klakson paszczą i robił "Piiiip piiip", dodatkowo za każdym razem jak wjeżdżał w kałużę mówił po francusku ?ulalala". Jedziemy razem chyba w złym kierunku i nagle jeden gość w lewo a drugi w prawo. Myślę sobie - no to ładnie. Ale widocznie jeden z nich znał inną drogę bo za jakiś czas spotkaliśmy się na głównej drodze do Metro. Później kolesie trochę się pościgali a ten co wiózł Kingę był dumny z tego tak bardzo, ze nie omieszkał pochwalić się tym mijanym kolegom. Na miejscu zbiliśmy sobie piątki i już z Kasią, która na Nas czekała udaliśmy się do ich domu. Było wesoło ale trzeba było się napić Puszcza oczko

Po kilku dniach na zakupy i odpoczynek na basenie polecieliśmy rano do Hai Phong-u. Jest to miasto zaraz przy Ha Long Bay - nowym cudzie świata. Z Hanoi organizowane są tam wycieczki na rejs statkiem po tej pięknej zatoce. Stwierdziliśmy, że jak tu przylecimy zamiast do Hanoi to zaoszczędzimy sobie 4h w autobusie. Niestety na miejscu okazało się, ze Hai Phong to dziura jakich mało i wycieczka zorganizowana ad hoc jest 10x droższa niż wykupiona dzień wcześniej. Postanowiliśmy więc nie nocować tutaj ale pojechać jednak do Hanoi. Tam Darek zarezerwował Nam dodatkową dobę w hotelu Nam Hai. Długo naszukaliśmy się dworca bo w całym mieście nikt nie mówił po angielsku, nawet młodzież. Pani w biurze podroży z wielkim logo LOT za plecami zrobiła wielkie oczy jak powiedziałem skąd jestem. Na szczęście jakoś się udało i lokalnym busem, który miał kilkadziesiąt przystanków dostaliśmy się do Hanoi. Tam szybko zostawiliśmy rzeczy w hotelu i udaliśmy się na zwiedzanie miasta bo godzina była jeszcze młoda. Same centrum i stare miasto jest ciekawe i ładne. Mauzoleum Ho Chi Minh-a niestety nie było czynne. Następnego dnia pojechaliśmy w końcu na całodniową wycieczkę po Ha Long Bay. Mimo, że dopłaciliśmy za opcję luksusową, ani statek ani jedzenie nie były luksusowe, widoki jednak były ładne. Polecamy - trzeba to zobaczyć. Dodatkową atrakcją było pływanie kajakiem po zatoce, między skałami. Może niepotrzebnie powiedziałem jak wsiadaliśmy do kajaku, że nie wyglądają na stabilne, bo Kinga była przerażona ale dała radę.

Mauzoleum Ho Chi Minh-aNiestety następnego dnia posłuszeństwa odmówiła karta pamięci w aparacie i wszystkie zdjęcia z zatoki przepadły ? szczególnie te z przerażoną mina Kingi na kajaku. Dobrze że dzień przed wyjazdem zrobiłem backup pozostałych, bo byśmy się załamali.. Szkoda no ale wspomnienia zostaną w pamięci. Poszwędaliśmy się po okolicy, niestety mauzoleum znowu było zamknięte. Wieczorem spotkaliśmy się ze Śruba, który przyleciał na chwile do Hanoi. Polecił nam lokalne piwo niepasteryzowane. Ciężko jest je znaleźć a podpowiedzią są tabliczki z napisem BIA na murach. Podają to piwko u ludzi w domach i nie jest to za bardzo legalne. Za to wrażenia picia piwka w domu, jak właściciele jędzą właśnie koło nas obiad, oglądają telewizję ? bezcenne. Wypiliśmy po 5 piwek na głowę czym zadziwiliśmy gospodarzy. Piwko super, jednak nie polecamy tym którzy się brzydzą pić z brudnego kufla, tzn. nie brudnego bo Pani zanurzyła go w wiadrze z wodą i przetarła szmatą, ale piwko naprawdę super!

Ostatni dzień to zakupy i krzątanie się po mieście. Dowiaduję się, że samolot LOT leci do Hanoi więc ze spokojem się pakujemy. Zostawiamy jeszcze bagaże w recepcji i kręcimy się po mieście. Wysyłamy pocztówki i kupujemy prezenty. Umówiona taksówka ponad godzinę wiezie Nas na lotnisko. W gate od razu dają Nam karty z miejscami więc jesteśmy już spokojni o powrót. W oczekiwaniu na samolot ostatnie rozmowy z wietnamskiej komórki. Karta załadowana za 5 dolców chodziła tydzień i nie chciała się skończyć. Zakupy na strefie. Kinga wydaje ostatnie Dongi i w sklepie brakło jej 1000 VND do zakupów (15 gr), pani macha ręką i odpuszcza ? to się nazywa wydać wszystkie pieniądze. Samolot punktualnie startuje z Hanoi a przed czasem ląduje w jesiennej Warszawie.

Melaka

 

Petronas Tower w Kuala Lumpur

Centrum Hanoi

Jazda skuterem po Sajgonie

Galeria zdjęć:

 
Zegarek
Najbliższe starty
There are currently no events to display.

Tu szukaj
Kalendarz startów
There are currently no events to display.
Licznik odwiedzin
mod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_counter
mod_vvisit_counterDzisiaj4742
mod_vvisit_counterWczoraj7575
mod_vvisit_counterMiesiąc157851

We have: 100 guests online